Rozdział 1

Rozdział 1

 

Noc przykleiła się do drzew, jak skóra do żeber. Latarkę trzymałem nad głową. Drugą ręką osłaniałem twarz przed wiatrem. W gęstym błocie każdy krok przypominał mlaśnięcie, jakby las zjadał mnie żywcem, by ukryć swoją tajemnicę. Nagle coś dotknęło mojej twarzy. Ukłucie bólu i ciepło na policzku. Machnąłem ręką, jak w obronie przed natrętnym szerszeniem. To tylko gałęzie — przystanąłem, by zetrzeć krew z rozciętej skóry. Mokra koszula przylgnęła do pleców lepkich od potu i deszczu. Zmrużyłem oczy. Ray został w tyle, ledwo mogłem go dostrzec. Galopująca w żyłach mieszanka adrenaliny i strachu kazała mi iść dalej. Gdzie to jest?! Przez szum deszczu nie wiedziałem, czy mówię to na głos, czy tylko w myślach. Rzęsiste krople trzaskały o liście, odwracały uwagę od niespokojnych cieni. Przygarbione za powalonymi konarami przemykały w mroku, od drzewa do drzewa.

Las na chwilę otworzył paszczę i do jego wnętrza wpadło światło błyskawicy. Przetarłem powieki, by pozbyć się kolorowych plam. Zniknęły, ale światło zostało. Delikatny blask ukryty między drzewami. Przyśpieszyłem kroku. Kilka metrów dalej las zaczął się przerzedzać, aż w końcu stanęliśmy na polanie wokół latarni morskiej.

Stuwatowe lampy techniczne na trójnogach tworzyły na ziemi jaskrawy krąg, wydobywały z błota koleiny i resztki trawy. Czas zwolnił. Policjanci w żółtych, przeciwdeszczowych płaszczach zabezpieczali wszystko, co mogło okazać się materiałem dowodowym. Komendant stał pod sięgającą nieba ścianą latarni. Ruszyliśmy w jego stronę. Niespokojny wiatr miotał zerwaną taśmą ostrzegawczą. Unosił ją w dziwnym, hipnotycznym tańcu, jakby bawił się wstążką. W snopie światła padającym na potężny, kamienny mur wirowały krople jesiennego deszczu.

Leżała przed nami. Bosa. Wykrzywiona w nienaturalnej pozie. Rozrzucone włosy opadały na kark i sine wargi. Zakrzep w kąciku ust zdradzał krwotok wewnętrzny. Połowę twarzy miała zanurzoną w kałuży i błocie. Elegancka, turkusowa sukienka, rozdarta do samego krocza, obnażała paskudną ranę na udzie. Sterczała z niej kość. Obmyta z krwi przez padający deszcz, biała i zaostrzona jak złamana, brzozowa gałąź.

W jednej chwili wokół mnie zgęstniało powietrze. Dźwięki zaczęły rozchodzić się wolniej, docierały do mnie z większym trudem. Dwóch policjantów przykryło zwłoki plastikową folią. Potrzebowałem zapalić. <<Ethan, słyszysz mnie?>>. Chciałem tylko papierosa. <<Ethan idziemy!>>. I wtedy sobie przypomniałem. <<Chodź, teraz nic tu po nas.>>. Już ją widziałem. <<Słyszysz mnie?>> Kobieta w turkusowej sukience. <<Ethan?>> Miała na imię…

 

Kilka dni wcześniej

 

Powoli przebijałem się przez ciemność. Przez wyjałowioną drogę zmęczenia, przez tęczę kolorów pobłyskującą niczym neony Las Vegas. Tylko po to, by na końcu snu boleśnie wlać się w świadomość, jak tania whisky w przepite gardło.

Monotonny sygnał telefonu nawoływał mnie nieprzerwanie od kilku minut. Zamrugałem. Każdy ruch powiek kaleczył oczy, jak papier ścierny. Spojrzałem na pajęczynę pęknięć w betonowym suficie. Cienkie żyłki ciągnęły się niemal do okna, omijając po drodze fragment odpadającej farby. Odrzuciłem koc i postawiłem stopy na podłodze. O tej porze roku zawsze była zimna. Wziąłem z biurka kubek wczorajszej kawy i stanąłem przed przeszklonymi drzwiami tarasu.

Wynajmowałem poddasze w piętrowym domu obok South Ford Road. Ulica biegła w górę wzgórza wznoszącego się nad centrum Dartmouth. Z okna widziałem rzekę Dart i miejski port. Przysadziste drzewa pięły się po zboczu, otaczały posesje i strome miejsca parkingowe. W gęstych koronach zielone liście powoli gubiły swój kolor. Jakby jesień zamoczyła je w złotej farbie. Lubiłem ten widok. Uspokajał mnie, choć od dawna chciałem wyjechać za ocean. Zapalić papierosa na plaży w Venice, pójść na koncert do The Troubadour, poczuć aurę miasta aniołów. Podobno jest tam dokładnie tak, jak w filmach. Kopia rzeczywistości na ekranie telewizora, bez retuszu i sztuczek Hollywood.

Upiłem łyk zimnej kawy i usiadłem do laptopa. Zegarek pokazywał trzynastą trzydzieści. Niemal do rana pisałem tekst na zlecenie „Herald Express”. W otwartym oknie klienta pocztowego czekało podziękowanie redakcji za artykuł oraz dwie kolejne wiadomości od lokalnych gazet.

Z pisania żyłem już wcześniej. Na własną rękę działałem od jakichś czterech lat. Sam decydowałem czym się zajmę, a co wywalę do kosza. Sięgnąłem po paczkę fajek i zaraz odrzuciłem ją na biurko. Była pusta.

Interesowały mnie głównie tematy społeczne i kryminalne. W przeciwieństwie do wielu osób, zdawałem sobie sprawę z tego, jak cienka jest granica między pozornym poczuciem bezpieczeństwa a realnym zagrożeniem. Zło potrafi ubierać różne maski. Bardzo często jest tuż obok — bliżej niż myślisz. Wysoki mężczyzna, którego spotkasz w autobusie. Wesoła sąsiadka z domu obok. Drażliwy mąż, z którym co wieczór zasypiasz w tym samym łóżku. W naturze najbardziej nieobliczalny zawsze będzie człowiek.

Kliknąłem ikonę przeglądarki. W nowym oknie pojawiły się najświeższe wiadomości z Devon. Od razu wszedłem w zakładkę z kryminałkami.

Nie złapię mordercy za rękę, gdy sięga po broń, ale mogę dać ludziom świadomość, by zaczęli myśleć o swoim bezpieczeństwie. By mogli w porę zareagować i zrozumieli, że zbrodnia, tragedie i śmierć to nie wytłuszczone nagłówki, barwnie opisane zdjęcia albo dwuminutowy wstrząsający news. To rzeczywistość, która może dotyczyć każdego. Dlatego piszę. O tym, co istotne. Żeby ostrzec choćby garstkę, by dać do myślenia. Piszę o tym, do czego zdolni są ludzie.

„Zamiast chronić ludzką godność, odebrał ją własnemu dziecku”. — głosił jeden z nagłówków w serwisie. Kliknąłem w link. „Młody lekarz z Newton Abbot został dziś rano oskarżony o zgwałcenie i zamordowanie swojej szesnastoletniej córki. Według opinii biegłego, dziewczyna była w czwartym miesiącu ciąży”.

Czy budując w ludziach świadomość zagrożenia, chcę w nich wzbudzić strach? Nie, ale to nieuniknione. Strach jest naturalną reakcją obronną organizmu. Gdy go poczujesz, zaczynasz brać życie na serio. Wtedy masz szansę przetrwać.

Wstałem od biurka i podszedłem do telefonu. „Masz jedną nieodebraną wiadomość: Cześć najemniku. Z tej strony Tom. Dawno nie rozmawialiśmy. Mam coś dla ciebie. Odezwij się jak najszybciej. To pilne”.

Rozmasowałem palcami powieki i wybrałem numer autora nagrania. Monotonny sygnał połączenia przerwał cichy trzask, a w słuchawce odezwał się znajomy głos.

— Niezły czas, Ethan. Spodziewałem się, że zajmie ci to dłużej.

— Zdarza mi się zaskakiwać. O co chodzi? Dawno nic mi nie podrzucałeś.

— Pakuj się.

— Po co?

— Płyniesz na Dale.

— Tom. Jestem umówiony z mechanikiem na jutro. Poza tym, czekają na mnie jeszcze dwa teksty.

— Dla kogo piszesz? Dartmouth Chronicle? Daily Devon? Daj spokój! Nie ma na to czasu. Szykuję jubileuszowy numer. Mam coś dobrego.

— Na Dale? To kompletne odludzie. Będzie dobrze, jeśli widzieli tam coś takiego jak gazeta.

— Nie przesadzaj, Ethan. Pięć lat temu na tej wyspie zamordowano turystykę.

— Moją sąsiadkę pochowali tydzień temu, ale to jeszcze nie powód, żebym o tym napisał.

— Posłuchaj mnie. To nie było typowe morderstwo. Najpierw gliniarze podejrzewali samobójstwo, ale potem coś znaleźli i zmienili kwalifikację sprawy.

— Co znaleźli?

— Nie wiem. Odrób pracę domową i sprawdź to. Okoliczności śmierci były niejednoznaczne. Sprawy nigdy nie wyjaśniono, chociaż było wokół niej sporo szumu. Chcę żebyś się temu przyjrzał. W dochodzeniu brał udział mój znajomy, Jim Harvy. Rozmawialiśmy kilka miesięcy temu. Wspomniałem, że potrzebuję dobrego tematu. Wypiliśmy kilka głębszych i staremu gliniarzowi rozwiązał się język. Harvy zaczął gadać o Dale i tej zamordowanej kobiecie. Podobno było kilka kwestii, do których media nie dotarły. Niestety, nie wiem, o co chodziło. Zanim zdążyłem się zorientować, Harvy prawie spał na stole i bredził o byłej żonie. Jakiś tydzień później wyjechał do Meksyku i kontakt się urwał. Pewnie teraz chleje margaritę i obżera się burrito. W każdym razie chcę, żebyś znalazł coś, do czego nie dotarła konkurencja. Ludzie uwielbiają czytać o przemocy i zagadkach. Pogadaj z kim trzeba. Rozejrzyj się po okolicy.

— Wiesz, że do taniej sensacji podchodzę jak do szamba. Omijam z daleka.

— Wiem, wiem. Masz te swoje… zasady. Ja mam swoje cele, ty masz swoje. Mordercy nigdy nie złapali. Nawet nie wiadomo kto to jest. Może dowiesz się czegoś, co pomoże policji wznowić dochodzenie? Czy to nie wystarczająca zasługa dla społeczeństwa?

Spojrzałem na ekran komputera. W skrzynce wciąż czekały nieprzeczytane wiadomości.

— Halo? Jesteś tam?

— Powiązali tę sprawę z innymi przypadkami?

— A co to ma do rzeczy?

— Chcę wiedzieć czy to jednostrzałowiec, czy seryjny.

— Nic takiego nie znalazłem, ale odpowiedzi kryją się na tej cholernej wyspie. Czuję, że to będzie hit. Od razu pomyślałem o tobie. To jak będzie? Nie daj się prosić!

— W porządku. Popłynę.

— Świetnie! Za cztery godziny odchodzi ostatni prom. Nie spóźnij się.

Trzask.

— Nie spóźnię.

 

 

Pod prysznicem spędziłem dobre dwadzieścia pięć minut. Próbowałem zmyć z siebie resztki snu. W pokoju założyłem świeżą koszulę i jeansy. Dopinając rozporek, podszedłem do lodówki i uchyliłem drzwiczki. Bzycząca świetlówka rzuciła światło na pustą, metalową kratkę i kilka przeszklonych półek.

Prom na Dale odpływał z Warfleet Creek, małej zatoczki niedaleko Dartmouth Castle, jednej z dwóch bliźniaczych fortyfikacji, które w czternastym wieku broniły ujścia rzeki Dart.

Wrzuciłem do samochodu najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyłem drogą w dół zbocza. Przez centrum przejechałem w kilka minut. Zaparkowałem przy krawężniku na Lower Street. W podłużnym budynku obok rzeki mieściła się restauracja z regionalnym jedzeniem. Lubiłem zajmować stolik pod panoramicznym oknem, by obserwować jak białe żaglówki przecinają taflę wody lśniącymi kadłubami. Część z nich mknęła na północny-zachód w stronę cumowiska. Inne, prezentując dumnie swoje nazwy na burtach, płynęły odważnie w przeciwnym kierunku — na otwarte wody Atlantyku.

Zamówiłem sadzone jajko na bekonie i dużą kawę. Aromat arabiki przyjemnie drażnił nozdrza i uspokajał myśli. Upiłem łyk cierpkiego naparu i wbiłem widelec w żółtko.

Na stoliku, jak zawsze, leżała świeża gazeta. Między innymi za to ceniłem tę knajpę. W niedzielę synoptycy zapowiadali pogorszenie pogody i możliwe sztormy, szczególnie w rejonie Wysp Normandzkich. W tamtej okolicy leżało Dale. Obok Jersey i Guernsey była to trzecia największa wyspa w kanale La Manche.

Po jedzeniu i trzeźwiącej dawce kofeiny pojechałem wzdłuż wybrzeża szeroką Warfleet Road. Dwadzieścia minut później odbiłem z głównej drogi i zjechałem na teren przystani. Wieczorne słońce oblizało karoserię chevroleta i zniknęło w koronach nadbrzeżnych drzew. Malownicza zatoczka tonęła w ciszy zmierzchu zmąconej szumem żwiru pod kołami auta. Minąłem barak zamkniętej wypożyczalni sprzętu wodnego i stanąłem w kolejce samochodów. Do wjazdu na prom czekały jeszcze dwie osobówki i mały wóz dostawczy z wytartym logo „Jay Jinx” na pace. Uchyliłem szybę i nie spuszczając oczu z dwójki marynarzy uwijających się na promie, sięgnąłem do samochodowej zapalniczki. Odpaliłem papierosa i zaciągnąłem się. Ciepło spalanego między palcami tytoniu przypomniało mi, że to moja ostatnia paczka marlboro. Wypuściłem dym i oblizałem suche wargi. Nagle z promu rozległ się donośny gwizd. Jeden z marynarzy podniósł szlaban, podczas gdy ten drugi zajął się kierowaniem pojazdów na platformę niezgrabnego statku. Wjechałem jako ostatni. Ostrożnie wtoczyłem się za srebrnego opla i zgasiłem silnik. Dźwięk rozedrganego wozu zastąpiło skrzypienie szlabanu. Wyjąłem kluczyki ze stacyjki i wysiadłem z auta.

Pogoda o tej porze roku zaczynała być kapryśna. Jasne niebo coraz częściej zasłaniały burzowe chmury, a w powietrzu czuć było jesienny chłód.

Z tylnego siedzenia zabrałem szarą dyplomatkę — idealny strój na angielską aurę. Poprawiłem klapy płaszcza i ruszyłem w stronę schodów na taras. Widokową część promu otaczała wysłużona barierka. Metalowa konstrukcja wystawiona na niepogodę zdradzała, że ta łajba pływała już od wielu lat. Odpadająca farba, miejscami rdza i krystaliczny osad.

Oparłem łokcie o balustradę i zaciągnąłem się papierosem. Smak słonej bryzy przyćmił na chwilę gorycz amerykańskiego tytoniu. Patrzyłem na spokojną zatokę. Słońce odbite na powierzchni wody skrzyło się, jak brokat. Lubiłem ten widok. Pozwalał mi się odprężyć, na chwilę odpłynąć.

Z odrętwienia wyrwało mnie łaskotanie. Apatycznie spojrzałem w dół, na dłoń obsypaną popiołem z papierosa.

— Lepiej usiądź. Właściwie to prawie dwie godziny rejsu — usłyszałem za plecami.

Pogrążony we własnych myślach, nie zauważyłem, że na tarasie zjawił się ktoś jeszcze. Sądząc po ogorzałej twarzy i zmarszczkach, mógł być koło pięćdziesiątki. Znoszony sweter, ręce wciśnięte w kieszenie. Facet wyglądał trochę jak podstarzały hipis z kilkudniowym zarostem i długimi włosami pokrytymi siwizną.

— Poczęstuje mnie pan? — zapytał w odpowiedzi na moje badawcze spojrzenie.

Sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Z wymiętej paczki wyjrzały dwa pomarańczowe filtry.

— Wygląda na to, że ma pan szczęście — rzuciłem w stronę faceta w swetrze.

Mężczyzna uśmiechnął się lekko i podszedł po papierosa. Zawahał się, jakby nie był pewny, czy powinien poddać się nałogowi. Ostrożnie, jakby składał statek w butelce, wsunął palce do paczki i złapał filtr marlboro. Pstryknąłem zapalniczką i płomień oblizał tytoń zawinięty w białą bibułkę.

— Pierwszy raz na Dale? — zapytał, patrząc tam, gdzie ja wcześniej — za horyzont.

— Polecenie służbowe.

— Jest pan policjantem?

— Kimś gorszym.

— Właściwie to myślałem, że święta inkwizycja już nie prowadzi swojej krucjaty — odparł i uśmiechnął się nieznacznie.

— Instytucja, dla której pracuję, też potrafi zniszczyć komuś życie, choć nie polujemy tylko na wiedźmy.

— A na kogo jeszcze?

— Na tych, którzy czynią zło bez pomocy czarów.

Hipis zaciągnął się dymem. Patrzył na mnie, jakby starał się odgadnąć o czym myślę. Zmrużył oczy i przytaknął. Zupełnie jak ktoś, kto zaczyna rozumieć złożony problem.

— Jestem dziennikarzem śledczym. Wolnym strzelcem — uściśliłem.

— To chyba stresująca praca?

— Zależy od podejścia. Kojarzy pan sprawę zamordowanej turystki?

— Chyba wiem, o kogo chodzi.

— Chcę zasięgnąć języka. Może pojawiło się coś nowego w tej sprawie.

— Ciężki przypadek. Właściwie bardzo… tajemniczy.

— Kojarzy pan jakieś szczegóły?

— Właściwie niewiele. Tyle samo powie panu każdy na wyspie. Na pewno nie jest to nic, o czym już by pan nie wiedział. Proszę udać się do miejscowego komisariatu. Właściwie tam powiedzą panu więcej niż ja.

Skinąłem głową z grzeczności, ponieważ od początku zamierzałem skorzystać z pomocy lokalnej policji. Hipis dopalił peta i pożegnał się. Minął pracownika promu i razem zeszli na dolny pokład.

Podszedłem do barierki i wyjrzałem na platformę dla samochodów. Przed dostawczakiem „Jay Jinx” zatrzymał się czarny mercedes. Lśniący lakier, wypolerowane alufelgi. O maskę samochodu opierała się młoda kobieta. Mimo wieczornego chłodu była w kusej sukience odsłaniającej ramiona i zgrabne nogi. Właścicielka luksusowego wozu rozmawiała przez telefon. Turbiny promu wyły nieznośnie, dlatego nie słyszałem, co mówi, ale wyglądała na zdenerwowaną. W pewnym momencie oderwała komórkę od ucha i ze złością rzuciła telefon na siedzenie. Kiedy trochę ochłonęła, spojrzała w moją stronę. Miała w sobie coś wyzywającego. Jak dziewczyna z rozkładówki albo puszczalska sąsiadka, która rozłoży nogi, jeśli zasłużysz. Myślę, że zainteresowanie ze strony obcego mężczyzny dodało jej pewności siebie. Zmysłowo wygładziła sukienkę na biodrach. Jakby chciała zatrzeć złe wrażenie wywołane wcześniejszą chwilą nieuwagi, gdy publicznie puściły jej nerwy. Znów miała kontrolę. Przeczesała dłonią kasztanowe włosy i wsiadła do samochodu. Drzwi zamknęły się z cichym trzaskiem, a kobieta w turkusowej sukience zniknęła za przyciemnianą szybą luksusowego auta. Przez chwile zastanawiałem się, czy ciągle na mnie patrzy, aż w końcu przeniosłem spojrzenie na linię horyzontu. W oddali zamajaczył ciemny punkt. W gęstniejącym zmierzchu nierówny kształt coraz bardziej zlewał się z taflą wody. Rósł prawie niezauważalnie, dlatego wciąż musiała dzielić nas duża odległość.

Zszedłem po metalowych schodkach i wróciłem do chevroleta. W środku włączyłem ogrzewanie i odruchowo sięgnąłem za ucho, gdzie zwykłem trzymać awaryjnego peta. Koledzy z dawnej redakcji nazywali go „petem kusicielem”. Zawsze miał być tym ostatnim. Rzucenie palenia nigdy mi nie wychodziło.

Opuściłem oparcie fotela i ułożyłem się wygodnie. W kieszeni zawibrował telefon. „Zdążyłeś?” — pytał w wiadomości Tom.

Prawda jest taka, że po prostu lubiłem jarać. I to dużo. Znałem też inne używki. W tym temacie muszę oddać honor Indianom, których dumni osadnicy z Europy wymordowali w imię amerykańskiego snu o wolności i równości. Tych, którzy przeżyli, zamknęli w rezerwatach.

„Tak. W kontakcie” — wystukałem lakonicznie i wysłałem wiadomość.

Co znaczy jedno morderstwo na Dale w obliczu tysięcy straconych istnień podczas zasiedlania nowego świata? A holocaust? Dobrze, że chociaż część bydlaków odpowiedzialnych za tę zbrodnię na ludzkości zdechło i miejmy nadzieję, smaży się w piekle. Jeśli po drugiej stronie lustra istnieje tak gorące i rozrywkowe miejsce, liczę na to, że panowie, o których mowa, mieli mniej szczęścia niż Alicja. Wracając do Indian. Meskalina. To klucz do otwarcia świadomości. Dzięki niej szamani wprowadzali się w trans. Widzieli rzeczy, które mogły uratować wioskę przed nieszczęściem albo pogrążyć ją w tragedii. Też miewam wizje. Pamiątka po trudnych chwilach i LSD. Obrazy w mojej głowie są jak niewerbalny sygnał z podświadomości, feeria barw albo fragmenty pogniecionej taśmy filmowej. Innym razem jestem po prostu na haju i pamiętam niewiele. Ludzki mózg wciąż jest pełen tajemnic. Wątpię, abyśmy kiedyś poznali je wszystkie.

Wewnątrz samochodu zrobiło się przyjemnie ciepło. Przysiągłbym, że zdążyłem ledwie mrugnąć, ale gdy otworzyłem oczy, pokład promu tonął w półmroku. Przetarłem twarz i wyszedłem z wozu. Ponad taflą wody majaczyła ciemna plama wyspy. Zegar przy schodach wskazywał osiemnastą trzydzieści. Za czterdzieści minut miałem być na miejscu.

 

 

Wokół cumowiska pełzała mgła. Im dalej na południe Anglii, tym mieszkańcy byli bardziej przesądni. Tam, gdzie miejska zabudowa ustępowała zabobonom wiejskiego życia, mówiło się, że podczas nocy takich jak ta, w ludziach budzą się demony, a senne koszmary mogą stać się rzeczywistością. Lepiej nie myśleć o nich zbyt głośno.

Marina na Dale nie była aż tak mała, jak się spodziewałem. Przybijało tu kilkanaście kutrów rybackich i kilka rekreacyjnych łodzi. Największe wrażenie robił kilkumetrowy jacht ochrzczony „Veronica”. Imię zdobiło szeroki bok łodzi, wijąc się na białej burcie fantazyjną włoską kursywą.

Z platformy promu zjechałem jako ostatni. Wszystkie inne samochody zdążyły już odjechać. Na przystani panowała niemal senna aura. Ostatnie promienie dnia wyciągały z półmroku kontury niewielkiego bosmanatu i portowego dźwigu. Resztę zabudowy stanowiło kilka drewnianych pomostów oraz betonowy slip do spuszczania łodzi i wyciągania ich na brzeg. Cofnąłem chevroleta bliżej cumowiska. Na promie w skrzyni z narzędziami grzebał jeden z marynarzy.

— Przepraszam! Wie pan, gdzie znajdę komisariat? — zawołałem, wyciągając głowę przez otwartą szybę.

Facet nie reagował. Skupiony na swojej pracy, nie odrywał oczu od przybornika i dalej układał jego zawartość.

— Halo? Może mi pan pomóc? Jak dojadę na komisariat?

— Nie odpowie panu. — Przy szybie, jak z podziemi, wyrósł starszy mężczyzna. — Jest trochę zamknięty w sobie.

— To może pan mi powie, gdzie tu jest komisariat?

— Trzeba dojechać do linii lasu, o tam. — Dziadek wskazał kierunek dłonią umorusaną w smarze. — Potem asfaltową drogą. Jakieś dwadzieścia minut i będzie pan w mieście. Pierwszy raz na wyspie?

— Nie da się ukryć.

— Pojedzie pan w dzień. Po nocy łatwo wypaść z drogi i rozbić się o drzewo. Radzę przenocować w Domu Rybaka i ruszyć z samego rana.

— To tamten? – Skinąłem głową w kierunku pobliskiej zabudowy. Najbliżej brzegu stał dwupiętrowy budynek. Z kilku okien sączyło się ciepłe światło.

— Tak. Zatrzymują się tam cumujący w porcie turyści albo rybacy, ale o tej porze roku nie ma ich wielu. Szczególnie tych pierwszych.

— W porządku. Dziękuję. Spokojnego wieczoru.

— Panu również i proszę uważać w lesie.

Wrzuciłem bieg i ruszyłem w stronę Domu Rybaka. Z portu nie prowadziła tam żadna ścieżka. Samochód kołysał się na garbach wyrobiska, aż dotarłem pod budynek. Hotel był drewniany, zbity z długich bali. Z tyłu, na wysokości drugiego piętra, wznosiło się metalowe rusztowanie.

Wysiadłem z auta i zabrałem torbę z bagażnika. Do wejścia prowadziły krótkie, nieco już pokruszone schody. Pociągnąłem za klamkę i pchnąłem drzwi z małym, kwadratowym okienkiem. Zawiasy skrzypnęły lekko, a powietrze wypełnił zapach żywicy i jaśminowego kadzidełka. Niewielkie wnętrze oświetlało żółtawe światło dwóch lamp elektrycznych. W półmroku, między słupami nośnymi, zwisały grube liny cumownicze, stara sieć rybacka i parę artefaktów przeszłości w postaci harpuna czy połamanego koła sterowego z okrętu, o którym prawdopodobnie świat już zapomniał.

Za ladą, nad otwartym zeszytem, stała młoda kobieta. Spojrzała na mnie zaskoczona. Najwyraźniej nie spodziewała się przyjazdu nowego gościa.

— Witamy w Domu Rybaka. W czym mogę pomóc?

— Potrzebuję pokoju. Dla jednej osoby.

— Oczywiście. Jak długo planuje pan zostać?

— Jeszcze nie zdecydowałem.

— Dobrze. Zaraz dam klucz.

Dziewczyna zerknęła do zeszytu i wskazała palcem na jedną z zapisanych linijek. Mruknęła coś pod nosem, a potem sięgnęła po kluczyk na jednym z kilkunastu haczyków.

— Pokój numer piętnaście. Prawe skrzydło na pierwszym piętrze. Na końcu korytarza — dodała wesoło. Mogła mieć nieco ponad dwadzieścia lat.

Schody były strome, a korytarze na piętrze stosunkowo wąskie. Wyglądało jednak na to, że ta oszczędność miejsca była podyktowana chęcią upchnięcia jak największej liczby pokoi o rozsądnym metrażu. W sumie było ich po cztery na stronę.

Moje lokum przypominało niewielką kawalerkę bez kuchni. Rzuciłem na łóżko torbę zabraną z samochodu i podszedłem do okna. Za grubą firaną rozpościerał się widok na ocean — teraz już czarny i nieprzenikniony. Jedynym źródłem światła na zewnątrz było kilka portowych latarni oświetlających pomosty i kawałek dzikiej plaży. Zerknąłem na zegarek. Dochodzi ósma, powiedziałem w myślach, gdy za oknem coś błysnęło. Przywarłem czołem do szyby, ale przed hotelem zalegała jedynie nieruchoma ciemność. Może jakiś dzieciak bawił się latarką? Albo ktoś nie chciał połamać nóg i oświetlał sobie drogę? Gdy odszedłem od parapetu, za oknem znów zrobiło się odrobinę jaśniej. Podniosłem do góry okiennicę i wychyliłem się na zewnątrz. Dopiero po chwili na spienionych falach zobaczyłem powracającą smugę skupionego światła. To była latarnia morska.

Na stoliku przy ścianie stał telefon. Trochę nie dowierzałem, że mogą panować tu aż takie wygody i nie myliłem się. W słuchawce było głucho, chociaż kabel siedział w gniazdku. O room service mogłem tylko pomarzyć.

Sięgnąłem do torby, łudząc się, że znajdę w niej choćby jednego papierosa. Dwie koszule, spodnie, kurtka, szczoteczka. Zrezygnowany walnąłem się na poduszkę.

Puk, puk, puk.

Zamknąłem oczy.

Puk, puk.

— Halo, proszę pana, jest pan tam?

Zwlokłem się z łóżka i otworzyłem drzwi. Recepcjonistka.

— Nie mamy ostatnio zbyt wielu gości, dlatego nie trzymamy ręczników w wolnych pokojach — wytłumaczyła się i wyciągnęła przed siebie bawełniane zawiniątka w pstrokatych kolorach.

Spojrzałem najpierw na ręczniki, potem na dziewczynę.

— Palisz?

 

 

— Ostatnio ciężko o gości. Przypływa do nas coraz mniej turystów — żaliła się Judith, kiedy staliśmy przed wejściem do hotelu. Zaciągnęła się cienkim vogiem i spojrzała w ciemność przed Domem Rybaka. — Jeszcze kilka lat temu mieliśmy tu ruch przez całe lato. Szczególnie o tej porze roku ciężko było o wolne miejsce. Mamy tu niesamowite sztormy. Są dni, kiedy mgła otacza wzgórza nad doliną. Wypełnia zatoczki między klifami. Tańczy nad gładką taflą wody. Piękny widok.

— Kiedy turyści przestali odwiedzać wyspę? — zapytałem dla podtrzymania tematu, bowiem dobrze znałem odpowiedź.

Judith zamyśliła się.

— Pięć lat temu miało tu miejsce pewne… zdarzenie.

— Ktoś… zginął?

— Słyszał pan o tym? — zapytała zaskoczona.

— Po prostu zastanawiam się, co mogło tak bardzo zniechęcić gości do odwiedzania wyspy.

Zawahała się. Papierosowy dym otoczył nas szarą mgiełką, a noc mruczała dźwiękami cykady.

— Zginęła tu młoda kobieta. Znaleźli ją na plaży — powiedziała po długim milczeniu.

— Zwłoki znalazła policja?

— Ktoś z mieszkańców wyspy albo jakiś turysta. W gazetach pojawiały się sprzeczne informacje. Wiem, że woda wyrzuciła ciało na brzeg. Dziewczyna była studentką, przyjechała tu ze znajomymi na wakacje.

— Ktoś ją zamordował?

Recepcjonistka nerwowo pstrykała paznokciami. Spojrzała w bok.

— Na początku lokalnym władzom udawało się to ukryć, żeby nie odstraszać turystów, ale kiedy na wyspę zaczęli przypływać dziennikarze, wyszło na jaw, że to nie był wypadek ani samobójstwo.

— Jak zginęła?

— Nie znam szczegółów. Coś znaleźli. W jej krwi. Chyba została otruta.

— Przykra sprawa.

Judith westchnęła.

— A pan co tu robi? Ciężko jest przypłynąć na Dale i nie wiedzieć co się u nas wydarzyło.

— Coś już słyszałem. — wciągnąłem dym i strzepnąłem popiół na schody. — Chciałem na trochę wyrwać się z miasta. Odetchnąć świeżym powietrzem. Wydawało mi się, że to dobre miejsce.

— Najlepsze. Naprawdę tak myślę. O ile nie odstrasza pana ta historia.

— To było dawno. Jeśli faktycznie ktoś ją zamordował… Ten, kto to zrobił, jest już na pewno daleko stąd.

— Mam taką nadzieję. Nie potrzeba nam tu wariatów.

— Jakoś się nie dziwię.

Recepcjonistka spojrzała na papierosa i resztkę tlącego się w nim tytoniu.

— Cóż, późno już. Pewnie chce pan odpocząć?

— Nie sypiam najlepiej.

— Może tutaj pan zacznie.

— Może. W pokoju widziałem telefon. Nie działa. Jakiś problem z instalacją?

Dziewczyna pokręciła głową.

— Nie, nie. W czasie największej popularności wyspy hotel przynosił całkiem spory zysk. Właściciele, czyli moja rodzina, zaczęli remontować budynek. Chcieli, żeby to miejsce było bardziej… ekskluzywne. Próbowali przyciągnąć bogatszych klientów. Ciotka wydała wszystkie zarobione pieniądze, a po tym, co się tu stało, ledwo starcza na utrzymanie hotelu. Zostaliśmy z nieczynnymi telefonami i niedokończonym piętrem.

Cofnąłem się na schody i spojrzałem do góry. Na drugim piętrze było zupełnie ciemno.

— Pozostaje czekać na lepsze czasy. Zimno. — Wzdrygnęła się. — Wracam do środka panie…

— Mów mi Ethan.

Recepcjonistka uśmiechnęła się serdecznie. Miała ładnie zarysowane brwi. Usta lekko różowe. Dziewczyna z prowincji. Naturalna. Nie żadna wylaszczona księżniczka. Kiedy się śmiała, na policzki wychodziły jej małe dołeczki.

Judith docisnęła rozżarzony niedopałek do pokrywy kosza. Papieros zasyczał, z chłodnego metalu uniósł się wątły obłoczek dymu.

— No to dobranoc, Ethan.

— Dobranoc.

Kiedy recepcjonistka zniknęła za drzwiami, zaciągnąłem się resztką vogue’a. Mało męskie, ale lepsze to niż nic. Spojrzałem w stronę przystani na czarny kształt promu, którym tu przypłynąłem. Miałem już odejść, gdy w kabinie niezgrabnej łajby zapaliło się światło. Wytężyłem wzrok. Wydawało mi się, że widzę kogoś w oknie, gdy chwilę później na szybę spadła zasłona. Niewyraźny kształt spłynął po materiale długim cieniem i zniknął gdzieś w kajucie.

Z odrętwienia wyrwały mnie ciepło i swąd spalonego filtra. Odruchowo strząchnąłem resztkę tlącego się tytoniu i w ślad za Judith wrzuciłem kiepa do śmietnika przy drzwiach.

Wróciłem do hotelu. Poprzecierane sieci rybackie dyndały ponuro poruszone przeciągiem. Na recepcji było pusto, a zza drzwi przy kontuarze dobiegały niewyraźne szmery.

Wąskim korytarzem udałem się do pokoju na piętrze. Zapaliłem lampkę na stoliku pod ścianą i zawiesiłem płaszcz na oparciu krzesła. Rzuciłem okiem na wnętrze pomieszczenia. Wszystko wydawało się być na swoim miejscu.

Przez okno widziałem cumowisko. W kabinie promu zaległa ciemność. Statek wyglądał, jakby od lat rdzewiał na przystani. Jakby od dawna nikt tam nie zaglądał.

Przyjechałem na krótko, dlatego nie zabierałem ze sobą wielu rzeczy. Wsunąłem torbę pod łóżko, a potem zdjąłem spodnie i koszule. Powieki ciążyły mi coraz bardziej. Wyciągnąłem się na materacu i przez chwilę wodziłem wzrokiem wzdłuż pajęczyny drobnych pęknięć na suficie. Prawie jak w domu. Przesunąłem się w górę łóżka i naciągnąłem na siebie koc. W myślach układałem plan jutrzejszego dnia. Zamierzałem jechać do miasta, aby porozmawiać z lokalnymi władzami. Chciałem też pokręcić się po okolicy i popytać. Kumpel Toma twierdził, że nie wszystkie informacje na temat śmierci turystki wyszły na jaw. Skoro tak, ktoś musi coś wiedzieć. W innym wypadku stary gliniarz chciał po prostu zaintrygować naczelnego „New Eye” i rzucił dziennikarskiej hienie łakomy kąsek. Dla mnie takie sprawy były czymś więcej niż tematem na okładkę. Istotę stanowiło pytanie „dlaczego?”. Dlaczego ktoś to zrobił i dlaczego nikt w porę nie zareagował? Dlaczego znów ludzie nie dostrzegli zagrożenia? Jeżeli mogłem znaleźć odpowiedzi, chciałem wydobyć je od tych, którzy do tej pory milczeli.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *