Rozdział 2

Rozdział 2

 

Niedziela, 11 października 2015 roku

 

Dudnienie. Pulsujący rytm wypełnia głowę, tętni w żyłach. Dobiega z daleka. Stoję w pokoju. Widzę, jak ona wyciąga coś z szafy. Mówię do niej, ale ona nie patrzy w moją stronę. Milczy. Czuję jak żółć gniewu i bezradność wypełniają mi serce. Powiedziałem za mało? O czymś zapomniałem? Czy może powiedziałem za dużo? Zawsze byłem mistrzem dialogu… z samym sobą. Czasem wystarczyłoby się zamknąć. Zacisnąć zęby i czekać. Tylko na co? Aż złośliwy los wykolei ten pociąg donikąd? Słowa pełne żalu i pretensji więzną w gardle. W myślach przekonałbym każdego, choćby Charona, żeby oddał mi swoją łódź i wszystkie monety, które zabrał z martwych ciał. W prawdziwym życiu… z nią… było inaczej. Zapomnieliśmy, co jest ważne. Zapomnieliśmy, jak ze sobą rozmawiać. Może nigdy nie potrafiliśmy? Czułem, że ją tracę. Wymykała mi się z rąk, jak źle uchwycony, drogocenny przedmiot. Pamiątka przeszłości, która zaraz roztrzaska się o ziemię. Znów słyszę dudnienie. Jest jasno. Coraz jaśniej. Długie cienie uciekają pod meble. Mrużę oczy, próbuję skupić wzrok. Kątem oka widzę kogoś w progu sypialni. To chyba mężczyzna, ale obraz jest niewyraźny. Odwracam się. Stoję w korytarzu przed drzwiami do domu. Ktoś jest na zewnątrz. Puka, jakby uderzał w ogromny bęben głęboko pod ziemią. Podłoga usuwa mi się spod stóp. Spadam, a obraz eksploduje bielą. Tępy ból wypełnia skronie. Z trudem wlewam się w świadomość. Prześladujący mnie dźwięk jest już całkiem wyraźny.

Puk, puk, puk.

Sprężyny lekko skrzypnęły, gdy powoli wstałem z łóżka. Ściany pokoju zakołysały się i po chwili wróciły na swoje miejsce. Podszedłem do drzwi w samych bokserkach.

— Cześć. — Judith potarła brwi, uciekała spojrzeniem. — Przepraszam, że budzę, ale wczoraj chyba zapomniałam powiedzieć. Śniadanie jest między ósmą a dziesiątą. Nie chciałam, żebyś zaspał.

— Która godzina? — Przetarłem oczy.

— Dziewiąta.

— Okej. Zaraz zejdę. Dzięki.

Dziewczyna uśmiechnęła się i poszła w stronę schodów. Wyciągnąłem z torby świeżą bieliznę i założyłem koszulę. Podszedłem do lustra, by zawiązać krawat. Patrzyłem na zaspaną twarz faceta, któremu dopiero co stuknęła trzydziestka. W życiu mężczyzny są dwa ważne etapy. Pierwszy, gdy kończy osiemnaście lat i wydaje mu się, że jest już dorosły oraz drugi, gdy przekracza trzydziestkę i rzeczywiście staje się dorosły. Czasem dorasta się szybciej, ale to tak, jakby zamiast regularnej pracy na siłowni wybrać zastrzyki ze sterydami. Skracasz proces, ale równie prędko się niszczysz.

W odbiciu własnych oczu dostrzegłem resztki zamglonego snu. Widziałem tylko skrawek oderwany od większej całości. Białe ściany, pokój z dużym łóżkiem i kobieta. Dorothy. Jakby to było wczoraj. Szansa na inne życie.

Potarłem dłonią kilkudniowy zarost i zapiąłem guzik pod szyją. Wzdłuż kołnierzyka biegła cienka blizna. Nigdy nie mogłem jej zasłonić, dlatego nieustannie przypominała mi, że to co robię, ma znaczenie.

Zabrałem płaszcz z oparcia krzesła i zszedłem na dół. Recepcję wypełniał brzęk sztućców i talerzy. Pomieszczenie na przeciwko schodów wabiło gości zapachem swojskiego śniadania. Jajka, parówki i świeże mleko.

W jadalni znajdowało się kilka stołów na maksymalnie dwadzieścia, może trzydzieści osób. W najdalszym kącie sali młoda para dyskutowała przyciszonymi głosami. Kobieta w średnim wieku zajęła miejsce pod oknem. Mieszając herbatę, zamyślona zerkała w stronę przystani. Mniej więcej pośrodku pomieszczenia siedział starszy mężczyzna. Rozpoznałem twarz. Już się widzieliśmy.

— Przepraszam. Chyba wczoraj rozmawialiśmy. Pracuje pan na promie?

Mężczyzna podniósł na mnie wzrok znad zupy mlecznej. Oblizał z wąsów resztkę jajecznych klusek.

— Wczoraj pytałem o drogę do komisariatu. To chyba z panem rozmawiałem?

— Ach, tak! Już pamiętam. Zgadza się. Ze mną. Tak, tak. — Potakiwał wyraźnie ucieszony, że sprawa się wyjaśniła. — Charles Dowell — mężczyzna odchrząknął — kapitan promu na trasie Warfleet Creek-Dale. Proszę, niech pan siada. Moja żona prowadzi w mieście sklep — podjął kapitan, gdy tylko zająłem miejsce. — Do gotowania mam dwie lewe ręce, więc przychodzę tu, kiedy nie ma jej w domu. Mieszkamy niedaleko.

— Od dawna na Dale?

— Można powiedzieć, że odkąd pamiętam. Mój dziadek był stąd, a rodzice poznali się na tej wyspie. Podobnie jak ja z żoną. Póki co, syn idzie w nasze ślady. Spotyka się z dziewuchą Morganów. Na co dzień Peter pomaga matce w sklepie. Mamy też córkę, Helen, ale ją zawsze ciągnęło do świata, z dala od wyspy. Do wielkiego miasta — podsumował, wypowiadając ostatnie słowa z teatralną przesadą i nutą pogardy w głosie. — Studiuje i dorabia jako kelnerka w kawiarni. Jakoś sobie radzi.

— Utrzymujecie państwo kontakt z córką?

— Pisze listy do matki. Ma to po niej, mimo że wszyscy wolą teraz wysyłać te sms-y i maile. Ostatnio odzywa się coraz rzadziej. Młodzi na nic nie mają czasu.

Mężczyzna spojrzał w okno. Zmarkotniał.

— Może wyjechała, bo się przestraszyła? — zapytałem.

— Co ma pan na myśli?

— Chodzi mi o kobietę, którą pięć lat temu znaleziono na plaży.

— A, tak. Pamiętam. Paskudna sprawa. Helen wyjechała kilka tygodni później. A może po roku? — Kapitan podrapał szorstką szczecinę brody. — Nie pamiętam dokładnie. Od tamtej pory minęło sporo czasu. W każdym razie, Helen od dawna chciała iść na studia. I dopięła swego, chociaż tutaj niczego by jej nie brakowało. — Dowell pociągnął łyk herbaty. — Poza tym ktoś powinien przejąć rodzinny interes. Zająć się sklepem. Wtedy Peter pomógłby mi na promie. Dom mamy duży, miejsca nie brakuje. Helen mogłaby tu mieszkać i założyć rodzinę. Ale ona miała inne plany. Zawsze chciała być niezależna i żyć po swojemu.

— Rozumiem, że ciężko było państwu znaleźć wspólny język.

Charles postukał palcem w stół. Zacisnął wargi.

— Pokłóciliśmy się. Nie chciałem słyszeć o jej wyjeździe do Torquay. Bałem się, że wpadnie w złe towarzystwo, że coś jej się stanie. Zaraz po tym uciekła. Musiała popłynąć miejskim promem. Ja bym jej nie zabrał. Wzięła trochę naszych oszczędności i odeszła. W pierwszym liście do Grety napisała, że musiała tak zrobić, bo nigdy nie pozwoliłbym jej żyć tak, jak chciała.

— Była konsekwentna. Miała plan. Konsekwencja to dobra cecha. Powinien pan wierzyć, że dzięki temu będzie szczęśliwa.

— Tak. Jest zawzięta. — Charles pokiwał głową. — Jak moja żona. Nie cofnę czasu, więc nie ma co się nad tym rozwodzić. Swoją drogą, był pan już w mieście? Może mijał pan sklep mojej żony?

— Poszedłem za radą i zatrzymałem się tu na noc. Chciałem ruszyć zaraz po śniadaniu.

— W takim razie możemy pojechać razem. Poprowadzę pana. Muszę pożyczyć kilka narzędzi od George’a. Ma w mieście warsztat. Na promie szwankuje chyba pompa paliwa. Silnik gaśnie zaraz po uruchomieniu. Cały ranek próbowałem ruszyć tę łajbę. To jak?

— W porządku. Skoro to nie problem.

— Żaden problem. Zjedz coś i ruszamy.

Z kuchennego okienka wziąłem porcję jajecznicy i szklankę wypełnioną parującą herbatą. Jajka były naprawdę dobre. Doprawione solą i pieprzem z odrobiną szczypioru smakowały nawet lepiej niż w jadłodajni „U Todda”, choć zawsze myślałem, że nikt nie pobije jego sadzonych na bekonie.

Charles dopił herbatę i wytarł usta papierową chustką. Złożył ją starannie i zostawił na talerzu. Wyszedł jako pierwszy. „Za pięć minut przy wejściu!” — zawołał w progu jadalni.

Na zewnątrz siąpił deszcz. Sznur ptaków sunął na południe, zwiastował nadejście chłodnych dni. Zapiąłem płaszcz i ruszyłem do samochodu. Nim zdążyłem odpalić, zza hotelu wyjechał volkswagen garbus w kolorze szpitalnej, wyblakłej zieleni. Nierówno pracujący silnik, pordzewiałe progi. Charles podjechał do mnie od strony kierowcy.

— Moja żona śmieje się, że zawsze wie kiedy podać kolację, bo słyszy mnie na kilometr. Ten staruszek obudziłby umarłego! — przekrzykiwał warkot auta. — Proszę jechać za mną!

Przez odłogi, wokół Domu Rybaka, dotarliśmy do linii lasu. Ubitą koleinami trawę zastąpiła asfaltowa droga. Jechaliśmy w odstępie kilku metrów. Obaj zostaliśmy na niskim biegu, by nie zakończyć podróży na przydrożnych drzewach. Potężne pnie, których w pojedynkę nie objąłby rosły mężczyzna, wyciągały w niebo splątane gałęzie. Korzenie przypominały gigantyczne odnóża pokryte zgrubiałą skórą. Czułem jakby cały las, wszyscy jego mieszkańcy patrzyli w naszą stronę. Na nieproszonych gości sunących po grzbiecie asfaltowego tasiemca, który żerował na zielonym organizmie lasu. W obłoku spalin volkswagena byliśmy jak odpadki, których natura z chęcią by się pozbyła, gdyby tylko mogła. Może pewnego dnia wykończy nas za sprawą kolejnej mutacji wirusa grypy albo wymyśli coś bardziej wyrafinowanego? Tak czy siak, będziemy mieć przesrane.

Rozłożyste korony wiekowych drzew blokowały nie tylko światło, ale i fale radiowe. Prowadzący audycję mówił chyba coś o pogodzie. Z urywanego głosu i ciągłego szumu rozumiałem niewiele. „Fro… czny… nap… z… nocy… się… pogor… ody. Nal… zy… spodz… się… ilnych… padów… i… g… nych… urz”.

— Bez sensu — mruknąłem pod nosem. Wyłączyłem odbiornik i skupiłem się na drodze.

Po kilku minutach olbrzymi las przerzedził się, a przed nami zajaśniał wyjazd na otwartą przestrzeń. Asfaltowa droga zaczęła lekko opadać. Linia drzew została za nami. Zbocze porastała teraz wysoka trawa i rozłożyste ostrokrzewy. Wjeżdżaliśmy w dolinę. Droga na tym odcinku trasy była w gorszym stanie. Pod kołami chevroleta chrzęściły kawałki pokruszonego asfaltu i piach naniesiony przez wiatr. Z kolei przed nami, pod kopułą stalowego nieba, rosło miasteczko. Kilka lat temu tętniące turystycznym życiem i na swój sposób urokliwe. Teraz pogrążone w letargu.

Instalacja przedstawiająca kilkumetrową latarnię z marynarzem w oknie pozdrawiała przyjezdnych słowami „Witamy na Dale”. Minęliśmy osobliwy znak i już po chwili zobaczyłem pierwsze domy. Piętrowe, wąskie, mieszczące maksymalnie dwie rodziny. Między budynkami wiły się brukowane uliczki, a ciasne zaułki nie zachęcały do wieczornych spacerów. Próbowałem zrozumieć dawny fenomen Dale. Po tym, co się wydarzyło, nie potrafiłem spojrzeć na miasteczko inaczej niż jak na miejsce morderstwa.

Przed drzwiami niewielkiego sklepu zebrało się kilku mężczyzn. Zamglone alkoholem spojrzenia odprowadzały nas do najbliższego rozwidlenia. Volkswagen odbił w lewo i zniknął za niskim budynkiem. Przy szutrowej drodze stały domy i lokalne zakłady. Szewc, krawiec, kaletnik, warsztat rowerowy. Kawałek dalej, w bocznej uliczce, dzieciaki drażniły brudnego szczeniaka. Smarkacze zabierały psu miskę i szarpały kundla za ogon. Charles dodał gazu i minęliśmy zaułek, zostawiając za sobą echo okrzyków i ujadanie głodnego psa.

Tablica informacyjna pod rozłożystym dębem wskazywała kilometr do warsztatu samochodowego. Miejską zabudowę zaczęły zastępować pola porośnięte wysoką trawą i szumiącymi wierzbami. Wiszące do ziemi gałęzie falowały na wietrze, jak zasłona poruszana przeciągiem. Hipnotycznie, niepokojąco. Oderwałem wzrok od drzew i skupiłem się na samochodzie Charles’a.

Droga lekkim łukiem zawijała w prawo. Zbliżaliśmy się do warsztatu — dom jednorodzinny z garażem i małą dobudówką. Na placu przed budynkiem stało kilka samochodów w różnym stanie. Powiedziałbym, że część nadawała się już do kasacji, ale na wyspie pełnej wzgórz i lasów każde cztery kółka były na wagę złota.

Wjazdu na teren warsztatu nie zabezpieczało żadne ogrodzenie, nie blokowała brama. Na Dale raczej ciężko byłoby ukraść samochód i pozostać niezauważonym. Przypuszczałem, że gospodarz nie musiał specjalnie martwić się o własność swoich klientów.

Podjechaliśmy pod garaż. W drzwiach dobudówki stał łysy facet w poplamionym kombinezonie na szelkach. Charles zgasił silnik i wysiadł z auta.

— Dzień dobry George!

— Dzień dobry — odpowiedział łysy, ruszając w naszą stronę. Miał siwą, gęstą brodę i pajęczynę drobnych zmarszczek pod niebieskimi oczami. Wcisnął robocze rękawice w kieszeń kombinezonu i podał rękę Dowellowi.

— To jest Ethan — przedstawił mnie kapitan, gdy stanąłem obok. — Dopiero przypłynął. Nie chciałem, żeby zabłądził.

George spojrzał na mnie bez emocji.

— Miło mi. — Podałem rękę mechanikowi.

— Mnie również. Co was sprowadza?

— Silnik na promie ciągle gaśnie. Ostatnio mam z nim same problemy. To chyba pompa paliwa. Posiałem gdzieś swoje narzędzia i chciałem pożyczyć od ciebie kilka rzeczy. Obiecuję, że oddam! — dodał szybko Charles.

— Oczywiście, nie ma problemu. Chodźcie. Zaraz coś znajdziemy.

W garażu na podnośniku stał cynamonowy saab. Model dziewięć tysięcy. Trochę skorodowany przy klapie bagażnika, obity na drzwiach. Z przodu auta dobiegał metaliczny dźwięk. Znad maski samochodu podniósł się piegowaty rudzielec w słuchawkach. Żuł gumę i kiwał głową w rytm punkowego kawałka.

— Mój syn. Brian. — George zsunął chłopakowi słuchawki. — Charles’a już znasz. To jest Ethan.

Młody skinął głową. Rzucił krótkie „cześć” i ponownie zanurkował między przewody. Mechanik zmierzył syna wzrokiem. Podciągnął kombinezon i poprowadził nas do ściany, na której wisiały narzędzia.

— Te powinny być dobre — powiedział, zdejmując z haczyków klucze i śrubokręty.

— Dziękuję. Oddam, jak tylko uporam się z tym pływającym złomem.

— Nie spiesz się. Mam zapasowy komplet.

Ruszyliśmy w stronę wyjścia. George sprawiał wrażenie zamkniętego i zamyślonego faceta. Jakby ciągle się czymś martwił albo rozwiązywał w pamięci skomplikowane działanie matematyczne.

Z głębokiej kieszeni kombinezonu George wyciągnął półlitrową butelkę wody. Wziął kilka łyków. Dźwięk przełykanego płynu sprawił, że i mnie zaschło w gardle.

— Co u Elizabeth? — Charles wziął od mechanika butelkę.

— Raz lepiej, raz gorzej. Zależy od dnia. Chcemy dziś jechać do kościoła. Pastor Simons udzieli nam błogosławieństwa.

— John Simons to mądry facet. Oby z Bogiem miał tak dobre kontakty jak z ludźmi.

— Wiele razy nam pomógł — przyznał bez wahania mechanik. — Kiedy z Elizabeth było bardzo źle, pastor odwiedzał ją w każdą sobotę.

Charles przytaknął.

— A jak Brian?

— To dobry dzieciak. Ciągle w to wierzę. Jest już dorosły. Musi brać za siebie odpowiedzialność. Elizabeth mówi, że może gdybym poświęcał mu więcej uwagi… Babskie gadanie. Żona wymaga nieustannej opieki. W warsztacie robota sama się nie zrobi. Trzeba z czegoś żyć.

Kapitan położył dłoń na ramieniu przyjaciela.

— Wiem, że jest ci ciężko. Pamiętaj, że możesz na mnie liczyć.

George ściągnął usta i spojrzał w zamyśleniu przed siebie. Pokiwał głową, a potem przeniósł wzrok z powrotem na Dowella.

— Dziękuję Charles. Muszę wracać do pracy. Daj znać, jak poszła naprawa silnika.

— Dobrze. Odezwij się, jeśli Elizabeth poczuje się trochę lepiej. Greta już dawno chciała was zaprosić na pieczonego łososia.

— Dam znać.

Pożegnaliśmy się z George’em i odjechaliśmy. Po naszej wizycie zostały jedynie ślady kół w miękkim błocie. Ślepy zaułek, który mijaliśmy w drodze do warsztatu, był pusty. Dzieci znalazły sobie inną rozrywkę albo ktoś je przepędził. Zniknął też pies. W błyszczącej kałuży leżała tylko pusta, blaszana miska.

Dotarliśmy do skrzyżowania z główną drogą. Charles włączył migacz. Kierunkowskaz pulsował leniwie pomarańczowym światłem. Mimo pochmurnej pogody ulice nie były zupełnie wyludnione. Chodnikami przemykali przygarbieni ludzie — miejscowi albo miłośnicy burzowej aury. Głównie starsze pary wciśnięte pod obszerne parasole.

Nagle volkswagen zwolnił i zatrzymał się. Przez ulicę, na obdrapanym składaku, przejechała kobieta z żółtą siatką przewieszoną przez kierownicę. Zaraz za nią szedł przemoczony mężczyzna. Obrzucił nas spojrzeniem i przyśpieszył kroku. Volkswagen wyrzucił chmurę smolistego dymu i ociężale ruszył dalej. Coraz węższe uliczki i gęstniejąca zabudowa sugerowały, że zbliżamy się do centrum miasteczka. Chevrolet podskoczył na wyboju. W lusterku wstecznym mignął próg zwalniający. Przed nami wyrósł duży plac, rodzaj miejskiego rynku. Zatrzymaliśmy się przy drewnianym, parterowym budynku ze spadzistym dachem. Z dużych okien wystaw spoglądały na ulicę najróżniejsze bibeloty. „Przystań z Pamiątkami” — głosił szyld nad wejściem.

Charles przez dłuższą chwilę nie gasił silnika, jakby dawał garbusowi odpocząć po męczącej podróży. Kiedy volkswagen wreszcie ucichł, kapitan wysiadł z auta i przeciągnął się.

— Tutaj pracuje moja żona — krzyknął w moją stronę, wskazując kciukiem na sklep. —Chętnie bym cię przedstawił, ale pewnie trochę się śpieszysz. Na pewno będzie jeszcze okazja, by zamienić parę słów.

— Też tak myślę. Pewnie zabawię tu kilka dni.

— Mam nadzieję, że nie będziesz żałować. To dobre miasto. Życzę powodzenia i do zobaczenia!

— Trzymaj się Charles.

Kapitan promu wszedł po schodach i pchnął drzwi wejściowe. W progu odezwał się dzwoneczek. Chwilę później zapadła cisza, zakłócana jedynie szumem wody w rynnie. Zerknąłem na wyświetlacz telefonu. Południe.

Wokół wybrukowanego placu mieściły się bardziej luksusowe kamienice, ze dwie restauracje i sklepy. Kilka metrów ode mnie wysoki znak z drewnianymi tabliczkami wskazywał kierunki do budynków użyteczności publicznej. Był tam kościół, straż pożarna, przychodnia i, rzecz jasna, posterunek policji.

Z tylnego siedzenia chevroleta wziąłem skórzaną teczkę — na wypadek gdybym mógł skserować część materiałów. Zamknąłem auto i ruszyłem drogą między kamienicami.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *