Rozdział 3

Rozdział 3

 

Z rzadkiej mgły wyłonił się długi, parterowy budynek. Niewielki daszek nad wejściem osłaniał przed deszczem policjanta w służbowym uniformie.

— Przyjadę. Niedługo — mówił do słuchawki telefonu komórkowego. — Tak, tak. Maleńka, jestem w pracy. Znowu zaczynasz. Ile razy mam ci to tłumaczyć? Porozmawiamy, jak przyjadę. Daj spokój. Przecież… — Zawahał się, gdy mnie spostrzegł. — Oddzwonię do ciebie, mam robotę.

— Nie chciałem przeszkadzać.

— W porządku — odparł funkcjonariusz. Cały czas patrzył na wyświetlacz telefonu.

— Dziewczyna?

— Taaak. Strasznie się rozgadała. Sierżant Shepard — przedstawił się i podniósł na mnie wzrok. — O co chodzi?

— Chciałbym porozmawiać z komendantem. Potrzebuję paru informacji.

— Jest u siebie. Zaprowadzę pana.

— Dzięki.

Sierżant wszedł do środka sprężystym krokiem. Za drzwiami znajdowało się wspólne pomieszczenie biurowe. W redakcji powiedzielibyśmy na to open space. Parę biurek pod ścianami, kilka bardziej na środku, duża tablica korkowa ze zdjęciami i krótkimi notatkami. Przy komputerach pracowało dwóch policjantów. Kolejnych dwóch piło kawę i rozmawiało o czymś z przejęciem. Sądząc po głupich minach, raczej nie dyskutowali o niczym istotnym.

— Proszę za mną — zakomenderował Shepard.

Policjant poprowadził mnie pod jeden z gabinetów. „Komendant Kittredge” głosił napis wygrawerowany na aluminiowej tabliczce. Sierżant zapukał.

— Wejść.

Policjant energicznie pchnął drzwi i wmaszerował do środka. Większą część pomieszczenia zajmował drewniany regał. Ciągnął się wzdłuż ściany — od wejścia do olbrzymiej kserokopiarki. Na wieszaku przy drzwiach wisiała beżowa jesionka.

Za masywnym biurkiem siedział starszy facet pochylony nad stertą dokumentów. Nawet nie spojrzał w naszą stronę.

— Panie komendancie, mamy interesanta.

— Dziękuję Shepard.

Sierżant skinął lekko głową i wyszedł. Posiwiały mężczyzna za biurkiem przypominał bardziej profesora niż policjanta. Z uporem bibliotekarki katalogującej encyklopedie wklepywał coś do laptopa. Nie odezwał się ani słowem. Odchrząknąłem i czekałem, słuchając stukania klawiszy. Kiedy skończył, sięgnął po kubek, siorbnął i wreszcie zaszczycił mnie spojrzeniem.

— W czym mogę pomóc?

— Nazywam się Ethan Nero. Jestem dziennikarzem i wykonuję zlecenie w imieniu miesięcznika „New Eye”.

— Tutaj? — Kittredge odchylił się w wysokim fotelu. — Czego pan szuka?

— Zainteresowała mnie sprawa dziewczyny znalezionej na tutejszej plaży. Temat sprzed pięciu lat. Podobno to było morderstwo, ale z tego, co wiem, dochodzenie stanęło w martwym punkcie. Chciałem prosić o kilka informacji, które pomogą mi uchronić dziennikarską rzetelność przed niewybaczalnym błędem pisania nieprawdy. Rozumiem, że sprawca do tej pory pozostaje na wolności?

— Sprawa jeszcze się nie przedawniła. Muszę pana zmartwić, ponieważ nie mogę ujawniać szczegółów śledztwa. — Komendant postukał palcami w emaliowany kubek. Niewzruszony popatrzył na mnie znad okularów w cieniutkiej oprawie.

— Na pewno są informacje, które były już podawane do publicznej wiadomości. Szczerze mówiąc, przed wyjazdem nie zdążyłem zagłębić się w szczegóły tamtych wydarzeń. Mam szczątkową wiedzę na temat dochodzenia. Macie tu może archiwum prasowe? Coś od czego mógłbym zacząć?

— Tak, jest trochę materiałów, które mógłbym udostępnić, ale raporty dotyczące śledztwa są tajemnicą policji.

— Może, w takim razie, mógłbym przejrzeć notatki służbowe policjantów? Bez szczegółów, nic co trafiło do akt sprawy. Chciałbym lepiej zrozumieć tamte wydarzenia. Zakładam, że pan i pańscy ludzie robiliście co w waszej mocy, aby rozwiązać tę sprawę i znaleźć winnego. Niech czytelnicy się o tym dowiedzą. Tylko sprawdzone informacje. Ze źródła.

— Nie rozumie pan, że moi przełożeni nie pochwaliliby udostępniania materiałów dowodowych w imię szukania uznania na łamach jakiegoś brukowca?

— „New Eye” nie jest brukowcem. Bierzemy odpowiedzialność za swoje słowa od początku do końca. Musimy mieć pewność. Inaczej nie stałbym tu, prosząc pana o dostęp do materiałów ze sprawy.

— Notatki policjantów, jeśli okazały się nieistotne, zostały zniszczone. Reszta posłużyła do przygotowania raportów, dlatego nie mogę ich panu udostępnić.

— Czy w takim razie mogę porozmawiać z funkcjonariuszem, który brał udział w czynnościach operacyjnych? Powie mi tylko tyle, na ile pozwalają mu przepisy.

Kiedy Kittredge na mnie patrzył, nerwowo poruszał kącikami ust. Miałem wrażenie, że komendant zaraz wyjdzie z siebie. Sekundy mijały, a my czekaliśmy. Jak rewolwerowcy, którzy za chwilę wyrwą pistolety z kabur. Błyśnie zapalna iskra, do nozdrzy uderzy zapach prochu. Pojedynek spojrzeń, w którym przeżyć mógł tylko jeden. I kiedy myślałem, że w następnej sekundzie nastąpi eksplozja, wtedy… nic się nie wydarzyło. Komendant oparł łokcie o blat i cmoknął.

— Dochodzenie prowadziła sekcja kryminalna Devon i Kornwalii. Od moich chłopców nie dowie się pan nic ponad to, co było publikowane w prasie. Przyślę kogoś, kto pokaże panu archiwalne wydania gazet z tamtego okresu. Jest sporo… Jak dziennikarze to nazywają? Sporo mięsa. Na pewno coś pan sobie wybierze.

— Rozumiem, że dziennikarską skrupulatność i dążenie do ukazania prawdy mam opierać na gazetach o wątpliwej reputacji?

Chwila ciszy.

— Proszę zaczekać na zewnątrz — powiedział sucho, a wyraz jego okrągłej, gładko ogolonej twarzy zdradzał, że nasza rozmowa dobiegła końca.

Wyszedłem z gabinetu i usiadłem na ławce przy drzwiach wejściowych. W pomieszczeniu dla pracowników posterunku brakowało Sheparda i jednego z policjantów, którzy pracowali przy komputerach. Pozostała trójka przeglądała dokumenty. Oparłem głowę o ścianę i zmrużyłem oczy. Czekałem. Miarowe tykanie zegara wprawiało mnie w stan błogiego odrętwienia. Zrobiło mi się przyjemnie ciepło i lekko.

— Proszę pana.

Ocknąłem się i przetarłem oczy. Przede mną stał szczupły policjant. Rudy, pociągła twarz, gładko ogolony.

— Pokażę panu archiwum — zakomunikował, po czym ruszył do niewielkiego korytarza obok gabinetu komendanta.

Przejście miało dwa, może trzy metry długości i kończyło się schodami. Policjant ruszył w dół, w połowie drogi zerknął przez ramię, czy idę za nim. Do archiwum weszliśmy przez zakratowane drzwi. W uszach zabrzęczały klucze i zapadka otwieranego zamka.

Zwisające na sparciałych przewodach lampy rzucały blade światło na zakurzone regały. Na długich półkach, równo ułożone, leżały ponumerowane pudełka, teczki oraz kosze wypełnione przedmiotami w plastikowych workach. Przed rzędami regałów stał stolik z lampką kreślarską.

Policjant zamknął za nami kratę, a klucz na srebrnym łańcuchu schował do kieszeni wyprasowanych w kant spodni.

— Proszę tu zaczekać — rzucił beznamiętnie i zniknął między półkami.

Przebiegłem wzrokiem po surowym wnętrzu. Betonowe ściany bez grama farby i równie goła podłoga wylana cementem.

Na stole przede mną, obok brudnego kubka i skrawka ołówka, leżały rozrzucone notatki i teczka. Kilka samoprzylepnych karteczek zdobiło stronę wyrwaną z gazety.

Szuranie pudełek odbijało się po archiwum krótkim echem. Policjant szukał dokumentów i starej prasy. Słyszałem, jak się krząta, jak chodzi od regału do regału.

Podszedłem do stołu i wlepiłem wzrok w zapisane kartki. „Otrucie. Dziwna substancja” — przebiegłem spojrzeniem po pierwszych linijkach tekstu.

— Czemu interesuje się pan tą sprawą? To było dawno temu — usłyszałem za sobą głos funkcjonariusza.

— Piszę na ten temat artykuł.

Czytałem dalej. „Płuca wypełnione wodą, ciało na brzegu”. To materiały ze sprawy zamordowanej dziewczyny. Policyjne notatki, których nie chciał mi udostępnić Kittredge. Coraz bardziej łapczywie łowiłem kolejne frazy i słowa. Miałem nadzieję, że trafię na coś ważnego, jakieś miejsce, nazwisko. „Turystka, młoda kobieta”.

— Myśli pan, że on znów to zrobi? — zapytał policjant.

— Kto?

— Ten artysta.

W pierwszej chwili nie byłem pewny, czy dobrze usłyszałem.

— Może pan powtórzyć?

— Albo jak wolicie go nazywać… psychol — ostatnie słowo wypowiedział sucho, jakby łamał chrust.

W tamtej chwili już go nie słuchałem. Na jednej z poplamionych kartek znalazłem jakieś imiona. Były zachlapane kawą, razem z kilkoma wcześniejszymi zdaniami.

— Udało się panu coś znaleźć? — zawołałem.

Cisza

— Proszę pana? — powiedziałem głośniej.

Zbliżyłem twarz do notatek, próbowałem odczytać rozmyte litery. „Ro… dzina… o… ofiary…”. Nagle blat stołu pociemniał, jakby zgasła jedna z lamp za moimi plecami. Coś gwałtownie zacisnęło się na mojej krtani. Krrr — usłyszałem dźwięk naprężanej żyłki, może sznurka. Spróbowałem wsunąć palce pod pętle. Mocne szarpnięcie w tył całkowicie mnie zdezorientowało. Wierzgnąłem nogami i uderzyłem w stolik. Promieniujący ból przebiegł po kościach od palców stóp aż do kręgosłupa. Słyszałem, jak ten za mną dyszy. Szarpnął jeszcze raz, prawie przewrócił mnie na podłogę. Wiedziałem, że wpatruje się w tył mojej głowy, że czeka, aż ciśnienie rozsadzi mi czaszkę. Był zaskakująco silny i przerażająco opanowany. Wystrzał adrenaliny sprawił, że zacząłem miotać się, jak ryba na suchym brzegu. Brakowało mi powietrza. Ciemniało mi przed oczami. Musiałem coś zrobić. Jedną ręką sięgnąłem za siebie, próbując odepchnąć napastnika. Zahaczyłem dłonią o nos i policzek. Już prawie. Odbiłem się nogami od podłogi, by zmniejszyć dzielący nas dystans. Jeszcze trochę. Zrobił kilka kroków i pociągnął mnie do tyłu. Kurwa, nie sięgnę! Pętla zacisnęła się mocniej. Zacharczałem. Naprężony, jak wędkarska żyłka, opadałem z sił.

— Chcesz wiedzieć, jak ją zabiłem? Chcesz?! — zasyczał.

Przyciągnął mnie bliżej do siebie. Jakby chciał, żebym zdechł na jego rękach, by mógł upajać się tym do samego końca.

Mięśnie zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Głowa opadła na klatkę piersiową. Nie miałem siły, by dalej walczyć. Policjant położył rękę na moim ramieniu. Była zimna, jak dno oceanu.

— Proszę pana — usłyszałem inny głos.

Czułem, że osuwam się na ziemię. Facet mną potrząsnął.

— Halo — znowu ten głos.

Przez zmiażdżone gardło nie przedostawała się ani odrobina powietrza. To koniec, pomyślałem, gdy oczy zaszły mgłą i staczałem się w ciemność.

— Słyszy mnie pan?

Nagle coś trzasnęło. Jakby moja krtań pękła, niczym spróchniała gałąź. Zerwałem się. Dysząc, przebiegłem wzrokiem wokół pomieszczenia. Rozmasowałem gardło. Siedziałem na ławce pod drzwiami, dokładnie tam, gdzie podszedł do mnie rudy policjant. Nikogo takiego tu jednak nie było. Kurwa mać. Chora wyobraźnia pogrzanego dziennikarzyny, pomyślałem i wytarłem pot z czoła.

— Oookej. W końcu się ocknąłeś. Zły sen? Już myślałem, że będziemy musieli wezwać doktora Ruperta.

Przede mną stał policjant. Na szczęście nie rudy.

— Wszystko w porządku?

— Tak. To nic. — Głęboko wciągnąłem powietrze.

Gliniarz złapał się pod boki. Żuł gumę i patrzył na mnie, jakbym potrzebował opieki specjalnej.

— Oookej. Funkcjonariusz Edwards. Ray Edwards. Zapraszam ze mną. Pokażę panu parę nieeezłych fotek.

— Przepraszam! — W naszą stronę zmierzał chudy policjant. Niósł w rękach stertę makulatury. — Wszystko, co udało nam się zdobyć. Na wyspie ukazuje się tylko jedna gazeta. Reszta to tytuły regionalne. Może pan skorzystać z sali przesłuchań, o tam. — Wskazał na pomieszczenie po lewej stronie.

Drzwi były otwarte. Wszedłem pierwszy, Ray zaraz za mną. Niewielki stolik, dwa krzesła. Usiadłem i rozłożyłem przed sobą dzienniki. Edwards krążył za moimi plecami. Senny koszmar sprawił, że czułem się z tego powodu co najmniej nieswojo.

— Lucy Atkinson — zaczął Ray. — Turystka z Europy. Szatynka, piwne oczy, zgrabna. Metr siedemdziesiąt jeden wzrostu. Jakieś sześćdziesiąt kilo.

Podobny opis widniał na krótkiej notce wsuniętej między dzienniki. Patrzyłem na fotografię Lucy. Typowe zdjęcie portretowe. Delikatny makijaż, biała bluzka i wisiorek — waga. Znak zodiaku? Może symbol prawa? Albo przeciwstawnych sił. Dobra i zła. Porządku i chaosu. Życia i śmierci.

Z czołówki gazety krzyczał wielki nagłówek: „Szukamy Lucy”. To był apel. Zaniepokojonych rodziców i redakcji, która sensacją i fałszywym współczuciem chciała przyciągnąć czytelników do swojego tytułu.

Przebiegłem wzrokiem po kolejnych tytułach: „Leżała sama i martwa”, „Zaginiona turystka wyrzucona przez ocean”, „Śmierć Lucy przeraziła turystów”, „Dale — wyspa śmierci”, „Psychopata zabija na wyspie”. Jak zwykle w takich przypadkach, szmatławce żerowały na ludzkim strachu i ciekawości. Hieny nie liczą się z ofiarami. Ci, którzy cierpią po stracie ukochanej córki, siostry, przyjaciółki są bez znaczenia.

Otworzyłem jeden z regionalnych tytułów o większym nakładzie. „StoryUp” było ciekawym tworem prasowym, który kiedyś przypominał „New Eye”. Dziennikarstwo interwencyjne. Pisali o problemach społecznych, poruszali moralne dylematy, opowiadali historię ludzi, którzy sięgnęli dna albo mieli kłopoty spowodowane własną lub cudzą głupotą. Zdarzało się też, że pisali o sprawach kryminalnych. Numer, który trzymałem w rękach, ukazał się tydzień po odnalezieniu zwłok dziewczyny. W artykule wypowiadał się między innymi komendant Kittredge: — Dla bezpieczeństwa mieszkańców nie możemy ukrywać, że sprawa nosi znamiona morderstwa. Podjęliśmy wszelkie niezbędne kroki, by schwytać sprawcę. W działaniach operacyjnych biorą udział funkcjonariusze z innych posterunków. Sprawę prowadzi sekcja kryminalna Devon i Kornwalii. Służymy naszym kolegom wszelką pomocą. Istnieje uzasadnione podejrzenie, iż w wyniku obławy sprawca opuścił wyspę. Policjanci patrolują nasze miasteczko przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Przebywanie na plażach po zmroku skutkować będzie doprowadzeniem na posterunek w celu przesłuchania, dlatego nawołujemy, aby wieczorami pozostawać w miasteczku. — Jak długo to potrwa? Macie jakiś trop? — dopytywał dziennikarz. — Odnaleziona kobieta była naga. Woda zmyła wszelkie ślady. Nie doszło też do gwałtu, dlatego nie możemy posłużyć się badaniem nasienia. Sprowadziliśmy psy tropiące. Przeczesujemy lasy wokół plaży, na której odnaleziono zwłoki. Ten, kto to zrobił, jeśli w ogóle jeszcze jest na wyspie, będzie musiał w końcu opuścić kryjówkę i udać się w pobliże miasteczka albo przystani. Wtedy go dopadniemy.

W najświeższej gazecie jaką znalazłem, wypowiadali się znajomi ofiary. Przypłynęli na wyspę razem z Lucy. Spędzali tutaj wakacje po obronie prac na studiach. — Lucy była raczej spokojna — opowiadała Peggy, jedna z koleżanek dziewczyny. — Kontaktowa, otwarta na nowe znajomości. Raczej nie pakowała się w kłopoty. Była rozsądna. Czasami miewała gorsze dni, jak każdy. Wtedy zamykała się w sobie, wolała pobyć sama.

W innej wypowiedzi przeczytałem: — Nie miała chłopaka, choć generalnie ciągnęło ją do starszych. Mówiła, że wiedzą więcej o życiu. Tego dnia, kiedy zaginęła, popłynęliśmy wynajętą łodzią dookoła wyspy. Lucy powiedziała, że będzie na nas czekać na plaży albo w domku letniskowym. Nie umiała pływać. Wróciliśmy kilka godzin później. Nigdzie jej nie było.

Z porozrzucanych gazet wygrzebałem notatkę, którą wcześniej streścił mi funkcjonariusz Edwards. Do świstka papieru dopięta była druga kartka. „Główna przyczyna zgonu: utonięcie. Płuca wypełnione wodą. Otarcia na kolanach i łokciach. Kilkudniowe oparzenie drugiego stopnia w części lędźwiowej. Brak śladów gwałtu”. — Przeczytałem z pomiętej notatki.

— Ktoś próbował ją otruć — włączył się Ray.

— Ale zginęła przez utonięcie.

— Tak.

— To po co ktoś ją topił, skoro najpierw chciał otruć? Nie wyszło?

— Może sama wzięła to świństwo. Było tam między innymi kilka substancji psychoaktywnych. LSD, mmmmeto…

— Metakwalon.

— Dokładnie. Znasz się na tym?

— Zdarzało mi się próbować różnych rzeczy.

— I mówisz to policjantowi na służbie? — roześmiał się Edwards.

— Nie o mnie teraz chodzi. W przeciwieństwie do tej dziewczyny, ja jeszcze żyję. Metakwalon to związek chemiczny, który kiedyś był składnikiem niektórych leków uspokajających. Wystarczyło jednak przeczekać moment senności…

— I co?

— Człowiek dostawał takiego kopa, że chodził po ścianach.

— Nieźle. Po takich przygodach wszystko z tobą w porządku? No wiesz. Z twoją głową. Masz jakieś… przywidzenia albo co?

— Sporadycznie. Mój organizm pobudza się w ten sposób, kiedy jestem skrajnie wycieńczony. Taki flashback. Czasem miewam kłopoty ze snem. Idzie się przyzwyczaić. W przypadku mojej pracy nie jest to takie złe.

— Jesteś dziennikarzem, prawda?

— Ogólnie mówiąc. Problem w tym, że jeśli nie skończymy rozmawiać o mnie, to nigdy nie napiszę tego artykułu. Zatem. Co jeszcze możesz mi powiedzieć o Lucy? — zupełnie naturalnie przeszedłem z funkcjonariuszem na ty. — Tu jest napisane, że miała świeże oparzenie na plecach.

Ray zmarszczył brwi i ściągnął usta w coś na kształt malutkiego dzióbka. Wyglądał trochę komicznie, w przeciwieństwie do tego, co po chwili wyciągnął z pamięci.

— Znaleźli ją na plaży. Wtedy jeszcze tu nie pracowałem. Była sina. Opuchnięta twarz z widoczną pajęczyną popękanych naczyń krwionośnych. Na plecach miała dziwną ranę. Jakiś symbol czy coś takiego. Ktoś jej to wypalił. Spójrz na zdjęcie.

Funkcjonariusz skinął głową na jedną z gazet. Szkic obok artykułu przedstawiał koło otoczone małymi falami — coś jakby tylda na klawiaturze komputera.

— To miała na plecach?

— Tak tu napisali — odparł Ray, krzyżując ręce na piersi.

Ktoś zapukał do drzwi sali przesłuchań. Nim zdążyłem zareagować, w progu stanął policjant, który wręczał mi gazety.

— Wszystko w porządku? — zapytał uprzejmie.

— Tak. Wie pan, gdzie jest ta plaża, na której znaleziono dziewczynę z artykułów?

— To jakąś godzinę stąd, chyba że jedzie się samochodem. Leży na południowym brzegu wyspy. Jedna z piękniejszych plaż na Dale. Są tam fantastyczne klify.

— Dzięki.

— Nie ma problemu. Gdyby czegoś pan potrzebował, jestem za drzwiami.

Skinąłem głową, a policjant wrócił do swoich zajęć.

— Muszę zobaczyć tę plażę — rzuciłem, przekładając gazety z miejsca na miejsce.

— Możemy tam pojechać jutro.

— Chcesz jechać ze mną?

— Czemu nie? Przyznam, że mnie też intryguje ta sprawa. To chyba najciekawsza rzecz, jaka wydarzyła się na Dale. Nie licząc żony piekarza, która pół roku temu podpaliła zakład. Przez sześć miesięcy musieliśmy sprowadzać na wyspę świeże pieczywo.

— Chyba widziałem jakieś zdjęcia z tej sprawy. Na tablicy w korytarzu. Musiało się nieźle palić.

— Jeszcze jak.

Sięgnąłem po notatkę na temat przyczyn zgonu Lucy. Zapisałem kilka dodatkowych informacji i schowałem spięte kartki do teczki.

Gazety zostawiłem na stoliku przed salą przesłuchań. W biurze siedział Shepard. Kiedy razem z Rayem ustalaliśmy szczegóły jutrzejszego dnia, sierżant odprowadzał nas wzrokiem pod same drzwi.

Stanęliśmy przed posterunkiem. Na zewnątrz wciąż było dżdżysto i szaro.

— Przyjedź jutro koło dziewiątej — zarządził Edwards, zerkając w stronę miejskiego rynku. — Nie wiem, czy po takim czasie coś znajdziemy, ale chyba warto spróbować.

— Muszę wiedzieć więcej niż to, co znajdę w gazetach. Jeśli Kittredge nie chce mówić, sam znajdę odpowiedzi.

Ray pokiwał głową.

— Oookej. W takim razie do zobaczenia.

Ruszyłem z powrotem do auta. Miałem nieodparte wrażenie, że policjant obserwuje, jak się oddalam. Czułem na plecach jego wzrok. Nie wytrzymałem i spojrzałem przez ramię. Pod drzwiami komisariatu siedział tylko kot. Na dodatek czarny.

Mimo gęstniejącej mgły, kanciastą bryłę chevroleta zobaczyłem już z paruset metrów. Kapitan promu zdążył odjechać. Zdawało mi się, że w powietrzu czuję jeszcze zapach spalonego oleju garbusa.

Na siedzeniu pasażera położyłem teczkę z notatką sporządzoną na komisariacie. Imiona przyjaciół Lucy, przyczyna zgonu, podejrzenie o próbę otrucia, ślady na ciele. Zanotowałem, że dziewczynę odnaleziono na południowej plaży. Martwą i porzuconą. To chyba najgorsza śmierć. Kiedy nie ma przy tobie nikogo. Dłoń bliskiej osoby potrafi rozwiać strach, zdusić ból, dać siłę do walki. Może tak bardzo nie cierpiała? Na ciele nie znaleziono żadnych obrażeń oprócz rany po oparzeniu. Może pod wpływem trucizny po prostu usnęła? Nie wiedziała, że tonie, nie czuła, jak w płucach kończy się powietrze. Nie spodziewała się, że za chwilę serce wstrzyknie w jej żyły ostatnie kilka sekund życia, a potem… zrobi się zimno. Zapadnie ciemność. Ciekawe, czy była wierząca? Może wtedy zobaczyłaby światło?

Ruszyłem w drogę powrotną do Domu Rybaka. Po drodze zahaczyłem o sklep. Ten sam, przed którym wcześniej stali lokalni koneserzy mocnych trunków. Za ladą czekała szczupła kobieta w średnim wieku. Mówiła cicho, niepewnie. Kilka razy musiałem prosić, aby powtórzyła pytanie, żebym zrozumiał, o co chodzi. Jakiś facet, być może jej mąż, co chwilę krzyczał z zaplecza. Kobieta próbowało go uspokoić, ale nawalony pan domu ewidentnie szukał zaczepki. Nie chciałem mieszać się w małżeńskie problemy. Sam nigdy nie potrafiłem sformalizować związku. Nawet wtedy, gdy miałem przy sobie tak wyjątkową kobietę jak Dorothy. Ona chciała mieć dzieci. Ja nie.

— Proszę nie zwracać uwagi. Każdy ma czasem zły dzień. — przygarbiła się, zaczesała włosy za ucho. — Razem siedem pięćdziesiąt.

Kupiłem fajki, butelkę wody i odjechałem.

 

 

Zanim wróciłem do pokoju, zajechałem na przystań. Pordzewiały i przygnębiający prom Charlesa wyglądał jak statek widmo. W powietrzu unosił się wyczuwalny zapach benzyny, a gdzieś z pokładu dobiegał zduszony, metaliczny dźwięk. Wszedłem na prom, próbując namierzyć źródło hałasu. Blacha statku, zanurzona w zimnej wodzie, skrzypnęła przeciągle. W niewielkiej kabinie, na platformie dla samochodów, znalazłem schody. Pod pokładem było duszno i wilgotno. Lampy w okratowanych kloszach oświetlały stare sprzęty i nitowane ściany. Na końcu maszynowni, umorusany smarem, stał Charles i ktoś jeszcze.

— Halo? To ja. Ethan.

Kapitan obejrzał się w moją stronę, zmrużył oczy.

— Ach, Ethan! Co cię sprowadza?

— Chciałem sprawdzić, jak idzie naprawa.

— Ciężko. — Zmartwiony pokręcił głową. — Bóg jeden wie, czy uda mi się odpalić tę łajbę. Co prawda, na Dale kursuje jeszcze jeden prom opłacany przez miasto. Ja jestem prywatnym przewoźnikiem. Nie chciałem, żeby okradały mnie jakieś urzędasy. Niestety, kiedy coś się sypie, jak teraz, jestem zdany tylko na siebie.

— Chyba jednak nie jesteś całkiem sam. — Spojrzałem na otyłego mężczyznę w kraciastej koszuli. — Nie wiem, czy mieliśmy już okazję się poznać. Czy to nie ty byłeś wczoraj na promie, kiedy przypłynęliśmy na wyspę?

— William prawie nie mówi. Jest trochę… chory — zawahał się, szukając odpowiedniego słowa. — Pomaga mi tutaj. Nie jestem w stanie zaoferować zbyt dużo, ale na całe szczęście Willi nie jest wymagający. — Poklepał pomocnika po ramieniu i uśmiechnął się. — A co u ciebie? Znalazłeś to, czego szukałeś?

— Powiedzmy. Odwiedziłem komisariat. Komendant nie był skłonny do zwierzeń, ale udało mi się dowiedzieć kilku rzeczy. Mam nadzieję, że pomoże mi to w dalszych poszukiwaniach.

— Trzymam kciuki — powiedział Charles, po czym spojrzał na maszynerię, przy której staliśmy. — Muszę jeszcze trochę tu pogrzebać. Może wieczorem wybrałbyś się ze mną i Gretą do kościoła na mszę?

— Nie jestem zbyt wierzący.

— Nigdy nie jest za późno żeby zacząć! Poznasz pastora Simonsa. Był tutaj, kiedy znaleźli tę dziewczynę. Może opowie ci coś ciekawego? Poza tym, moja żona uwielbia turystów. Lubi słuchać o tym, co dzieje się poza wyspą. Na początku plotkowała z Helen, ale jak już wspomniałem, ostatnio nasza córka rzadko się odzywa — dodał z pretensją i zamilkł na dłuższą chwilę.

— Cóż. Skoro tak mówisz…

— Możesz jechać z nami. Zostaw samochód pod Domem Rybaka. Nie ma co wyjeżdżać benzyny. Tym bardziej, że na wyspie nie zawsze można ją dostać.

— W porządku.

— Przyjedziemy po ciebie piętnaście po piątej.

— Będę czekać. Do zobaczenia.

— Do zobaczenia!

Kiedy wróciłem do hotelu, była akurat pora obiadu. Cornish pasty — duży pieróg nadziewany wołowiną, ziemniakami i warzywami. Regionalny przysmak Kornwalii.

Usiadłem przy oknie. Przez wilgotną od deszczu szybę widać było całą przystań. Dwie żaglówki, kilka kutrów, łodzi wiosłowych i, rzecz jasna, prom. Brakowało Veroniki. Jachtu, który jeszcze wczoraj cumowało na Dale. Widocznie, dla właścicieli luksusowego statku, wyspa okazała się marną atrakcją.

Po obiedzie wyszedłem zapalić. Przestało kropić. Stanąłem przy samochodzie i sięgnąłem do kieszeni po papierosa w miękkiej paczce. Nikotyna pomogła mi zebrać myśli, poukładać plan na najbliższe godziny. Pogadam z klechą, a jutro obejrzymy plażę. Może uda się zasięgnąć języka u miejscowych. Paru informacji mogliby udzielić mi przyjaciele Lucy. Musiałbym tylko zdobyć ich numery.

Na promie Charlesa powiewała czerwona flaga. Spojrzałem na zegarek w telefonie. Miałem jeszcze dwie godziny, kiedy w kieszeni odezwał się telefon.

— Czołem, Tom — powiedziałem z marszu do naczelnego.

— Cześć. Dotarłeś na Dale?

— Rzuciłeś mi tak smakowity kąsek, że nie mogłem odmówić.

— Świetnie. I jak? Dowiedziałeś się czegoś? Mów, mów.

— Nie ma tego dużo. Kilka informacji, ale zawsze coś. Komendant tutejszego posterunku nie jest zbyt wylewny.

— Masz już coś ekstra?

— To nie takie proste. Sprawa jest sprzed pięciu lat. Skoro jej nie wyjaśniono to albo ktoś postarał się, aby tak było, albo to znacznie bardziej skomplikowane.

— Dobra, ale drąż temat. Przyciśnij kogo trzeba. Pogadaj z ludźmi. Ktoś musi coś wiedzieć. Po nitce do kłębka. To wyspa. Większość mieszkańców pewnie się zna i wie o sobie wszystko.

— Zajmę się tym. Możesz być spokojny.

— To co teraz zamierzasz?

— Sprawdzę, czy wiara czyni cuda.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *