Rozdział 4

Rozdział 4

 

Resztę popołudnia spędziłem w pokoju. O siedemnastej zacząłem szykować się do wyjścia. Umyłem twarz i przeczesałem ręką włosy. Zastanawiałem się, czy zabrać dyktafon. Urządzenia do nagrywania onieśmielają rozmówców. Jeśli chodzi o słowa i wizerunek, ludzie z reguły nie są ekshibicjonistami. Zabrałem rekorder na wszelki wypadek.

Przed hotelem do moich uszu dobiegło znajome rzężenie zajechanego silnika. Charles miał rację. Garbusa było słychać na kilometr. Kapitan podjechał pod budynek i otworzył drzwi kierowcy.

— Jesteś punktualnie! — zawołał. — To się ceni. Wsiadaj!

Kapitan wyszedł z samochodu i odsunął fotel. Zająłem miejsce z tyłu. W nozdrza momentalnie uderzył mnie zapach skórzanej tapicerki.

— Dzień dobry. Mam nadzieję, że nie sprawiam kłopotu? — zapytałem, siląc się na pierwsze dobre wrażenie. — Mogę jechać swoim autem.

Z przedniego siedzenia spojrzała na mnie pulchna kobieta.

— Żadnego kłopotu! Bardzo się cieszymy, że będziemy mieć towarzystwo. Takim piernikom, jak my, nieczęsto się to zdarza. Prawda, kochanie?

— Moja żona, Greta — rzucił Dowell i odchrząknął.

Charles dodał gazu i już po chwili volkswagen kołysał się na wertepach. W drodze do kościoła Greta prawie nie przestawała do mnie zagadywać. Zaczęła od tego, jak podoba mi się na wyspie, czy widziałem już to i tamto. Dowell senior tłumaczył małżonce, że dopiero przyjechałem i nie miałem jeszcze czasu, by się rozejrzeć. Jednak Greta nie zamierzała ustąpić. Kiedy przejechaliśmy przez las, zapytała skąd jestem i czy od dawna pracuję jako dziennikarz.

— Prawie siedem lat — odparłem po chwili zastanowienia.

— A wcześniej, czym się pan zajmował?

— Niczym szczególnym. Dorywcze zajęcia.

— George pływa na promie od piętnastu lat. Przejął zajęcie po ojcu. Ja pracuję w sklepie z pamiątkami. Pewnie pan widział. Przy samym rynku. Prowadzę tam też małą galerię. Przepiękna wystawa lokalnego rzemiosła — powiedziała, pełna zachwytu nad samym wspomnieniem zebranych dzieł.

— George pokazał mi, gdzie pani pracuje. Widziałem sklep tylko z zewnątrz.

— Ach, kochanie! — zawołała radośnie, poprawiając kok upięty na czubku głowy. — Jednak trochę o mnie myślisz! A pan, Ethan? Ma pan kogoś?

— Skarbie… — zaprotestował Charles.

— Co? Jeśli pan Ethan nie chce mówić, to nie musi. Jestem tylko ciekawa.

— W porządku — odparłem i prawie natychmiast zawahałem się. — Obecnie jestem sam. Wcześniej byłem w związku. Rozstaliśmy się.

— Och. Bardzo mi przykro.

— Niepotrzebnie. Mieliśmy inny pomysł na życie.

Czułem, że mojej rozmówczyni na usta ciśnie się kolejne pytanie. Spoglądała na mnie we wstecznym lusterku, ale nie odezwała się. Być może ze względu na uwagi Charlesa, a może sama uznała, że jak na pierwszą rozmowę, to już trochę za wiele.

Budynek zboru wzniesiono z drewna pokrytego wapnem. W porównaniu z wieloma katolickimi świątyniami, dom modlitwy wyglądał skromnie i zwyczajnie. Strzelista wieża dzwonnicy, dach z pociemniałej dachówki, okrągłe okno nad wejściem. Piaszczysty plac przed budynkiem był prawie pusty. Część osób przyszła na piechotę, inni przyjechali rowerami, które stały w rzędzie pod ścianą kościoła.

Msza zaczynała się za dziesięć minut. Zajęliśmy miejsca bliżej prezbiterium, a przynajmniej pod taką nazwą znałem to miejsce z kościoła katolickiego. Świątynia protestancka najwyraźniej nie przewidywała takiego elementu w swojej architekturze. Nie było tu ani ołtarza, ani tabernakulum. W miejscu przeznaczonym dla Najświętszego Sakramentu znajdował się wysoki na kilka metrów, prosty krzyż. Całe wnętrze zboru epatowało ascezą i surowością. Zaśniedziałe kinkiety, nieliczne płaskorzeźby przedstawiające sąd nad Jezusem Chrystusem, dwa rzędy prostych ławek i balkon chóru nad wejściem. Żadnych witraży, tylko gołe szyby. Nigdzie też nie widziałem wizerunku Maryi. Ani jednego obrazu, świętej figury czy choćby relikwii.

Kościół był prawie pełny. Z bocznych drzwi prezbiterium, a jak się później dowiedziałem, kazalnicy żwawym krokiem wyszedł przygarbiony mężczyzna w białym stroju liturgicznym. Nie wyglądał na duchowego przewodnika Dale. Raczej na organistę albo kościelnego. Zapalił świece i poprawił Pismo Święte na mównicy. Kiedy skończył, wrócił do bocznych drzwi. Chwycił miedziane kółko przewleczone przez szarfę i pociągnął energicznie za uchwyt. Zadzwoniły dzwoneczki. Nim zorientowałem się, co powinienem teraz zrobić, wierni zaczęli wstawać.

Przy mównicy stanął wysoki mężczyzna. Miał na sobie czarne, starannie wyprasowane spodnie i równie nieskazitelną, białą koszulę z wąskim krawatem.

— Usiądźcie, moi mili — zaczął ciepłym, głębokim głosem, a wierni zajęli miejsca. — Nasza wyspa zmienia się. A my wraz z nią. Jesteśmy… zespoleni. To nasz dom. Z dala od pośpiechu, z dala od zgiełku, który zagłusza głos Jezusa. Wykorzystajmy to. Pan stworzył to miejsce, abyśmy mogli słyszeć jego głos. Otwórzmy serca na rady naszego pasterza. Nie uciszajmy sumienia, bowiem dostaliśmy szansę. Szansę na życie wieczne.

Pastor mówił z przejęciem. Patrzył na wiernych wzrokiem pełnym zrozumienia dla ich błędów i słabości.

— Jeśli upadniesz, drogi bracie i siostro — kontynuował doniośle — pamiętaj, że Jezus wyciąga do ciebie rękę. Nie zostawi cię leżącego.

Słowa pastora emanowały głębokim poczuciem misji wobec wiernych. Spływały na słuchaczy, jak jasne światło zbawienia, dawały nadzieję, uzależniały. Dzwon boży wzywający do nawrócenia. Pasterz gotowy, by nieustannie wspierać i pomagać. Takim jawił się pastor Simons, a raczej takim chcieli go widzieć jego wyznawcy. Dla mnie był po prostu człowiekiem o wielkiej charyzmie, który opanował kilka technik wywierania wpływu na ludzi.

Po dwudziestu minutach prawienia morałów, duchowy przewodnik Dale zrobił długą pauzę. Powoli obrócił głowę i spojrzał na wózek inwalidzki w przejściu między ławkami.

— Są wśród nas ludzie, z których powinniśmy brać przykład. George i Elizabeth. Znacie ich. George jest naszą złotą rączką. Naprawi wszystko, z czymkolwiek do niego przyjdziecie, choć najbardziej upodobał sobie samochody — powiedział pastor, uśmiechając się do wiernych. — Najpiękniejsze jest jednak to, że jest ktoś, kogo George upodobał sobie bardziej niż swoją pasję. To jego żona, Elizabeth. Cudowna kobieta o gołębim sercu, wiecie o tym. Oddałaby wiele, by pomóc bliźniemu w potrzebie. Jak kochająca matka albo córka. Teraz to ona potrzebuje naszej pomocy. Naszej modlitwy i wsparcia. To trudne i odpowiedzialne zadanie, ale nie martwcie się. Mamy sprzymierzeńca. Jest tutaj. Stoi obok ciebie, Charlie. Patrzy na ciebie Saro. I na ciebie, Maggy. Przechadza się obok Simona, Oliviera i Mirandy. Jest obecny. Tu i w waszych domach. Trwa przy nas wszystkich, we dnie i w nocy. Bo nas kocha. I kocha Elizabeth. To Jezus. Nie zostawi w potrzebie nikogo z nas. I choć nie zawsze rozumiemy ścieżki, które dla nas wybiera, musimy zaufać jego mądrości. Tylko tak pokażemy, że jesteśmy godni i gotowi na niebo i świętość. Że jesteśmy gotowi na zbawienie.

Wierni zgromadzeni w świątyni wpatrywali się w twarz pastora, pełną współczucia, ale i siły. Simons zszedł z kazalnicy i zbliżył się do wózka inwalidzkiego. Z pierwszej ławki wstał George.

— Jesteście silni — rzekł pastor i położył ręce na małżonkach. — Jezus was umacnia, ponieważ otwieracie serca na jego miłość. Elizabeth. George. Błogosławię was. Przez ból i łzy. Przez strach i niepewność. Niesiecie ciężki krzyż, ale poradzicie sobie. On wam pomoże. Nie traćcie wiary. Nie traćcie nadziei. To wasza najsilniejsza broń. Zaraz obok miłości — ostatnie słowo wypowiedział ze szczególnym namaszczeniem.

Po błogosławieństwie Simons wrócił na kazalnicę i dokończył nabożeństwo. Wierni zaczęli nieśpiesznie opuszczać świątynie. Zdawali się być mocno związani z tym miejscem. Wielu mieszkańców Dale podchodziło do pastora, by podziękować za piękne i krzepiące kazanie. Był dla nich ostoją, wspomożycielem gotowym nieustannie pomagać.

Do George’a i jego chorej żony podeszli Dowellowie. W tym czasie ja podążyłem za pastorem na zaplecze świątyni. Krótki korytarz prowadził do dwóch pokoi i kończył się schodami na górę. Z drzwi po lewej dobiegał cichy szmer. Zatrzymałem się w progu. Simons stał przy stoliku pod oknem i przerzucał dokumenty. Odczekałem chwilę i zapukałem w futrynę. Pastor zamknął zeszyt w twardej oprawie i obrócił się spokojnie w moją stronę.

— W czym mogę pomóc? — zapytał uprzejmie.

— Dzień dobry. Chyba pastorowi przeszkodziłem?

— Nie, nie. To nic pilnego. Wejdź, proszę.

W niewielkim, skromnie urządzonym pokoju były tylko najpotrzebniejsze meble. Najwięcej miejsca zajmowała otwarta szafa wypełniona ubraniami.

— Wody?

— Jeśli można.

Kaznodzieja sięgnął po dzbanek i dwie szklanki.

— Nie jesteś stąd, prawda?

— Aż tak to widać?

— Łatwo to wyczuć. — Simons wręczył mi szklankę z wodą. — Ludzie mówią o sobie więcej, niż myślą. Nawet kiedy nic nie mówią. Usiądźmy. Czego ci trzeba?

— Jestem dziennikarzem. Przyglądam się sprawie Lucy Atkinson. Utonęła i prawdopodobnie ktoś jej w tym pomógł. Minęło już pięć lat, ale słyszałem, że pastor był wtedy na wyspie.

— Tak. Biedna dziewczyna. Ten, kto stoi za tą zbrodnią, sprzeniewierzył się Panu. Odebrał życie drugiemu człowiekowi. Tylko Bóg ma do tego prawo.

— Wiem, że sprawcy nigdy nie złapano. Miał pastor jakieś podejrzenia? Kto mógł to zrobić?

— Kimkolwiek był, jeśli nie odkupi swoich win skruchą i służbą Bogu, dosięgnie go sprawiedliwość. Jeśli nie na ziemi, to na sądzie ostatecznym.

Przez chwilę wpatrywałem się w symetryczną twarz Simonsa.

— Mógł to zrobić ktoś z wyspy? Jeden z mieszkańców?

— W tamtym czasie byłem na Dale dopiero pół roku. Szukałem miejsca, w którym mógłbym być bliżej wiernych. Budować z nimi relację opartą na poczuciu wspólnoty. W dużym mieście ciężko o taką więź. Kiedy tu przybyłem, mieszkańcy zdawali się być uśmiechnięci, otwarci, pełni życia. Nie wiem, dlaczego w tamtych dniach ktoś miałby dopuścić się takiego czynu. To dobrzy ludzie, choć dziś nieco wycofani, mniej ufni i przygnębieni. Tragedia Lucy Atkinson to tragedia całej wyspy.

— Rozmawiał pastor z rodzicami Lucy?

— Nie. Lucy była turystką. Przyjechała tu ze znajomymi świętować ukończenie studiów. Kiedy Bob Hall ją znalazł, policja zabrała ciało z wyspy. Z tego, co mi wiadomo, rodzice dziewczyny nigdy nie pojawili się na Dale.

— Kim jest Bob?

— Tutejszy rybak. Wyspiarze uważają go za dziwaka i odludka. Każdy ma prawo przeżyć życie tak, jak chce, ale nie wszyscy to rozumieją. Odrzucenie to zmora tego świata. Dlatego tak ważne jest budowanie więzi między ludźmi i Bogiem. Wspólnota to zrozumienie.

— Czy Bob ciągle mieszka na wyspie?

— Tak. Ma chatę niedaleko plaży. Tej, na której znalazł Lucy.

— Południowy brzeg?

— Zgadza się. Byłeś tam?

— Wybieram się.

— Proponuję zapiąć płaszcz. O tej porze roku zaczyna mocno wiać.

— Będę pamiętać — odparłem i przełknąłem łyk wody. — Wszyscy mieszkańcy to protestanci?

— Większość. Dale pamięta jeszcze czasy celtyckich bożków. Na szczęście, mimo chmur, które wiszą nad wyspą, światło Pana dotarło nawet tutaj.

— Aktualna metafora — spojrzałem na krople deszczu przyklejone do szyby.

— Tak wygląda tutaj większość roku. Lato jest z reguły krótkie, ale potrafi być bardzo ciepłe.

— Podobno człowiek może się przyzwyczaić do wszystkiego.

— Owszem. Uczę wiernych jak unikać tych złych przyzwyczajeń.

Skinąłem i upiłem łyk wody. Pastor opowiedział mi o życiu na Dale w dobie kryzysu. Jako lekarz dusz, Simons dobrze znał egzystencjalne bolączki swojej trzody. Poziom życia na wyspie znacznie się obniżył. Wiele lokalnych biznesów upadło i wyspiarze musieli skupić się na dostępnych możliwościach. Połów ryb był głównym źródłem utrzymania przeważającej liczby mieszkańców. Z racji dużej konkurencji ceny poszły w dół, a wraz z nimi dochody rybaków. Gorsze warunki materialne pociągnęły za sobą problemy społeczne, jak choćby wzrost spożycia alkoholu. Jednak pastor nie tracił nadziei. Paradoksalnie w słabościach mieszkańców upatrywał szansę na zmartwychwstanie.

— Wyciągnij dłoń do potrzebującego, a będzie ci wdzięczny i pójdzie za tobą — tłumaczył pastor. — Jak Szymon za Jezusem. On przecież też był rybakiem.

Dopiłem wodę i pożegnałem się z kaznodzieją. Przed zborem, obok czerwonego vana, stali George i Charles wraz z małżonkami.

— Ethan! Myśleliśmy już, że masz nas dość i wybrałeś powrót na piechotę — zaśmiał się kapitan.

— Wolę oszczędzać nogi. Jeszcze się tu nachodzę.

— W takim razie musisz mieć dużo siły na to zwiedzanie. Greta nie daje mi spokoju i…

— Charles! — małżonka dźgnęła łokciem Dowella.

— Dobrze, już dobrze. Chcemy zaprosić cię na kolację. Collinsów już namówiliśmy — zapewnił mnie Charles i jakby na potwierdzenie swoich słów, wymienił spojrzenia z Elizabeth i George’em. — Szkoda, żebyś ten wieczór spędzał sam.

Kobieta na wózku wyglądała na zmęczoną, ale w jej spojrzeniu dostrzegłem coś pogodnego. Jak w oczach sportowca, który choć przegrywa, wie, że jeszcze będzie okazja, by dogonić peleton.

— Greta to wspaniała gospodyni. Mówię z doświadczenia — do rozmowy włączyła się Elizabeth.

— Kochana, zawstydzasz mnie! — Pani Dowell niedbale machnęła ręką. Miałem wrażenie, że komplement sprawił jej przyjemność i kobieta do końca nie wie jak się zachować.

Chwilę trwało, zanim odpowiedziałem na propozycję kapitana. Nie byłem duszą towarzystwa, jednak na plażę zamierzałem jechać dopiero jutro. Kolacja to dobra okazja, by dowiedzieć się czegoś więcej na temat wyspy i jej mieszkańców.

— Nie daj się prosić, Ethan. Wspominałem już, że moja żona robi pysznego pieczonego łososia?

— Chwalisz Gretę przez cały czas — wtrącił się George. — Szczególnie jeśli chodzi o jedzenie. Mówiłeś o tym rano, kiedy przyjechałeś po narzędzia.

— Mogło tak być — roześmiał się kapitan promu. — To jak?

— W zasadzie dziś nic już nie załatwię. W porządku. Jedźmy.

— Świetnie. Zatem w drogę! George, pojedziemy przodem.

 

 

Charles i Greta mieszkali w domu jednorodzinnym niedaleko nabrzeża, jakiś kilometr od przystani. Zaparkowaliśmy pod wiatą z lampą na fotokomórkę. Kapitan pomógł George’owi wyprowadzić wózek Elizabeth z vana.

— Nie przestraszcie się bałaganu! Nie zdążyłam posprzątać przed kolacją — zaapelowała Greta na progu domu wzniesionego z grubych bali.

W środku było przytulnie. Chciałoby się powiedzieć, rodzinnie. Tu i tam stały ramki z fotografiami małżonków i, jak sądziłem, ich dzieci. George z synem na rybach, matka z córką i psem przed domem.

Hau, hau!

O wilku mowa. Z pokoju wybiegł labrador. Zadbany i uradowany widokiem ludzi wskoczył przednimi łapami na panią domu.

— Stan, zachowuj się przy gościach!

Psiak obwąchał każdego z osobna i położył łeb na kolanach siedzącej w wózku Elizabeth.

— Cześć, pieszczochu — powiedziała z czułością.

Żona Charlesa miała słabość do pamiątek. Nie tylko w postaci bibelotów, którymi handlowała w sklepie. Meble w pokoju dziennym widziały zapewne kilka pokoleń tej rodziny. Czułem się jak w antykwariacie. Stary zegar z kukułką, skórzana kanapa, stół z rzeźbionymi nogami, filcowe podkładki pod talerze i koronkowe firany w pseudo arystokratycznym, wiśniowym kolorze. Połączenie kiczu z klasyczną elegancją.

— Rozgośćcie się, zaraz podam do stołu.

Charles odsunął na bok jedno z krzeseł, tak by George mógł dosunąć wózek żony do blatu.

— Napijesz się czegoś, Ethan? Na lepsze trawienie. Kierowców nie pytam, choć chciałbym. Pewnie i tak na niewiele by się to zdało? — Gospodarz spojrzał na zaprzyjaźnionego mechanika. — Ciągle stronisz od alkoholu?

— Czekam na lepsze czasy — odparł George.

— A ty, Ethan?

— Ja też dziękuję. W tym życiu wypiłem już swoje.

— Żadnych kompanów do butelki. Trudno. Wilk morski musi umieć samemu żeglować i samemu się napić.

Charles sięgnął z regału butelkę i szklankę. Biały trunek wypełnił szkło, a w powietrzu rozszedł się ostry zapach bimbru.

— Już podaję! Pewnie jesteście strasznie wygłodniali — powiedziała Greta, niosąc z kuchni naczynie żaroodporne owinięte ścierkami.

Ryba była naprawdę smaczna. Delikatna i aromatyczna. Podana z pieczonymi ziemniakami i sosem śmietanowym przypomniała mi, że jedzenie może sprawiać przyjemność. W przeciwieństwie do konserw i dań z mikrofali, do których zdążyłem już przyzwyczaić podniebienie. Po głównym daniu Greta podała ciasto i zaparzyła kawę.

— Jak długo planujesz zostać na Dale? — zapytała mnie Elizabeth, kiedy po jedzeniu siedzieliśmy jeszcze przy stole.

— Kilka dni. Potrzebuję jeszcze paru informacji do artykułu.

— O czym piszesz?

— Ethan jest dziennikarzem i chce napisać o Lucy Atkinson — wtrąciła się gospodyni. Widziałem, że zbyt późno ugryzła się w język. — Och, przepraszam. Gaduła ze mnie.

Charles z zażenowaniem pokręcił głową i roześmiał się.

— Nie szkodzi. To prawda, przygotowuję artykuł o Lucy. Chcę zrozumieć, dlaczego zginęła. Może jeszcze nie wszystko w tej sprawie zostało powiedziane? Rozejrzę się po wyspie. Popytam.

— Dowiedziałeś się czegoś od pastora? — zapytał gospodarz.

— Niewiele. Wiem, że ciało znalazł Bob. Jest miejscowym rybakiem, prawda?

— Kiedyś dużo pływał na kutrze. Teraz raczej nie rusza się z brzegu. Szkoda faceta.

— Co się stało?

Kapitan powiódł spojrzeniem po zgromadzonych przy stole.

— Nie powinienem o tym mówić.

— Miało to związek z Lucy? — nie rezygnowałem.

Charles zgarbił się nad szklanką. W zamyśleniu wystukiwał palcami nieskomplikowany rytm. W końcu sięgnął po butelkę bimbru i polał sobie drugą kolejkę.

— To był wypadek — podjął kapitan. — Fakt, trochę tego dnia wypił, ale to się mogło zdarzyć każdemu. — Dowell senior znów umilkł. Nie chciałem naciskać. Czekałem. — Bob miał…

— Zoe utonęła — Greta przerwała mężowi. — Córka Boba. Miała siedem lat.. Podziwiała ojca. Całymi dniami chodziła za nim, żeby zabrał ją na łódź. Tego dnia zanosiło się na burzę. Bob wypłynął z córką, wbrew woli żony. Mała Zoe nie umiała pływać… — ostatnie słowa gospodyni wypowiedziała drżącym głosem. Czułem, że nie opowiada tej historii z potrzeby wzbudzenia sensacji. Głęboko współczuła rybakowi. Nie potrafiła tłumić w sobie wspomnienia tragedii, jaka spotkała jego rodzinę.

Charles wbił wzrok w szklankę i tylko kiwał głową.

— Chce pan porozmawiać z Bobem? — zapytała Elizabeth, gdy cisza stała się zbyt krępująca.

— Znalazł Lucy. Może widział coś, o czym nie napisali w gazetach.

Rozmowę przerwało pukanie do drzwi. Wszyscy spojrzeliśmy w stronę korytarza. Labrador poderwał się z legowiska przy kominku i zaszczekał niespokojnie.

— Matko kochana, kogo niesie o tej porze?

— Zapraszałaś jeszcze kogoś? — zapytał zaskoczoną żonę Charles.

Gospodyni nie odpowiedziała. Ze zgrzytem odsunęła krzesło od stołu i poszła do drzwi frontowych. Była niską i korpulentną kobietą. Wzrost i nadwaga sprawiały, że gdy chodziła, kołysała się lekko na boki.

— Dobry wieczór, Greto — usłyszeliśmy znajomy, głęboki głos.

— Pastor Simons?

George wstał od stołu i ruszył na korytarz.

— Pastor? Coś się stało? — zapytał mechanik, gdy dołączył do gospodyni i wielebnego.

— Wybaczcie, że niepokoję o tej godzinie. Po mszy był u mnie Robert Hudson. Jego żona nie wróciła na noc. Wszyscy wiemy, że nie układa im się najlepiej. To już żadna tajemnica.

W salonie zapadła głęboka cisza. Słyszałem każde słowo dochodzące z korytarza.

— Może została w Dartmouth albo w Plymouth? Często tak robi.

— Robert rozmawiał z nią wczoraj przez telefon. Mówiła, że jest na promie i już wraca, ale nie dotarła do domu. Dziś wydzwaniał przez cały dzień i nic. Martwi się.

Kapitan słysząc swoje imię niezgrabnie poderwał się od stołu i podreptał do sieni.

— Była tam. Była na promie — zapewnił, gdy tylko dołączył do rozmawiających przy drzwiach.

— Widziałeś, jak odjeżdża do miasteczka?

— Wydaje mi się, że tak. To znaczy, na przystani już nikogo nie było. Musiała pojechać do miasteczka, bo gdzieżby indziej?

Ciszę w salonie przerywało jedynie tykanie starego zegara z kukułką. Elizabeth poruszyła się niespokojnie w wózku.

— W porządku. To znaczy, że jest gdzieś na wyspie. Przekażę Robertowi dobrą wiadomość. Jeśli Clara nie wróci do jutra, zwrócimy się o pomoc do komendanta Kittredge’a.

— Na pewno się znajdzie — przekonywał Charles.

— Pójdę już. Dziękuję za wasz…

— Może pastor wejdzie? Z tego wszystkiego nawet nie zaprosiłam do środka. Strasznie pastora przepraszam.

— Nic się nie stało. Zaskoczyłem was i chyba oderwałem od kolacji. Wracajcie do stołu i podziękujcie Panu za to, że możecie być dziś razem. Nie każdy ma to szczęście. Do zobaczenia.

Trzasnęły drzwi. Greta, George i Charles nieśpiesznie wrócili do stołu.

— No wiecie co? Jak ona tak może naigrywać się z tego Roberta? On tak ją kocha! — niespodziewanie uniosła się pani Dowell.

— Kochanie, nie mieszajmy się w cudze sprawy. Nikt nie zmuszał Roberta do ślubu z tą kobietą.

— Aj… Diablica o długich nogach i słodkich ustach. Bóg jeden wie, gdzie je pcha!

— Greta! — krzyknął Charles.

Skarcona małżonka spuściła głowę.

— Kim jest ten Robert? — wykorzystałem okazję i wtrąciłem się.

— Robert Hudson to lokalny przedsiębiorca — wyjaśnił George. — Jego rodzina od pokoleń zajmuje się produkcją piwa. Browar stoi niedaleko miasteczka.

— Coś się stało… Coś złego. — George skrzyżował ręce na piersi.

— Czemu tak sądzisz? — zapytała żona mechanika.

— Nie ma tu zbyt wiele miejsc, w które mogłaby się udać. Przecież nie rozbiła namiotu na plaży. Wątpię też, aby zbudowała szałas w lesie i postanowiła zostać tam na cały dzień.

— Może jest u znajomych? — próbowała zgadywać Elizabeth.

George wpatrywał się w stół. Zmarszczył czoło, a jego twarz stała się jeszcze bardziej ponura.

— Obyś miała rację.

Przez resztę wieczoru Greta próbowała rozluźnić atmosferę. Po jabłeczniku i herbacie z miodem graliśmy w tysiąca. Pani domu ograła nas trzy razy. Ciekawe, czy w pokera też była taka dobra. Las Vegas miałoby nową królową.

O dwunastej z wiekowego zegara wystrzeliła kukułka.

— Zbieramy się, Ez — powiedział George, stanowczo, a jednocześnie czule. — Dziękujemy za wspaniały wieczór. Tego nam było trzeba.

— Cała przyjemność po naszej stronie! — Na potwierdzenie słów żony Charles pokiwał głową i przełknął kawałek ciasta. — Przyjeżdżajcie częściej. Pamiętaj Elizabeth, że nie jesteś sama.

— Wiem. Dziękuję za to.

Było widać gołym okiem, że oba małżeństwa łączy serdeczna relacja. Musieli znać się od lat. Collinsowie podziękowali za posiłek i wyszliśmy przed dom. Wyspę objęła swoimi ramionami chłodna noc. Krople jesiennego deszczu stukały w dach, pod którym zaparkowaliśmy samochody. Kapitan razem z mechanikiem wciągnęli wózek Elizabeth do vana i zabezpieczyli koła pasami.

— Wieje od oceanu. Coś się wydarzy. — Charles strzepał z rąk piasek.

— Czemu tak pan uważa?

— Mów mi Charles. Czasem strzyka mi w gnatach i odsłużyłem swoje na morzu, ale obaj jesteśmy dorośli.

— W porządku.

— O co pytałeś?

— Wiatr od oceanu. O co w tym chodzi?

— To taki przesąd wśród marynarzy. Najczęściej chodzi o nadejście sztormu, ale kto wie, co jeszcze może się zdarzyć. — Charles mrugnął do mnie, jakby sam nie brał swoich słów do końca na serio.

— Jedziesz z nami? Mogę cię podwieźć pod Dom Rybaka — zwrócił się do mnie George, zanim wsiadł do auta.

— Będę wdzięczny.

— Zapraszam.

Pożegnanie z gospodarzami było krótkie, ale przyjacielskie. Uściski dłoni, życzenia dobrej nocy. Elizabeth pomachała Dowellom przez szybę i ruszyliśmy przez deszczową noc.

 

 

Na recepcji w hotelu Judith przeglądała duży zeszyt z odręcznie narysowanymi tabelkami. Kiedy się zjawiłem, wpisywała coś do jednej z rubryk.

— Nie za późno na pracę?

Dziewczyna uśmiechnęła się. Widziałem, że jest zmęczona. Podkrążone oczy zdradzały zarwaną noc, ale nawet wtedy w jej spojrzeniu nie brakowało optymizmu.

— Mamy nowych gości. Młoda para. Być może nowożeńcy, może kochankowie. — Teatralnie uniosła brwi przykryte brązową grzywką. Starała się mówić w poważnym tonie, ale od razu wyczułem, że się wygłupia.

Spojrzałem na zegarek w telefonie. Za dziesięć pierwsza.

— O tej porze działa jakaś przeprawa? Charles ma zepsutą łajbę. Jak się tu dostali?

— Przypłynęli ostatnim miejskim promem. Nie mogłam się wcześniej zebrać, aby spisać dane. Robiłam porządek w magazynku, a potem trochę krzątałam się po hotelu. Jak twój dzień?

— W porządku. Jedliśmy kolację u Charlesa.

— My?

— Byli też Collinsowie.

— No pięknie. Jesteś tu jeden dzień, a już urządzasz schadzki — powiedziała z przekąsem.

— Byłem tylko przypadkowym gościem.

— Dobra, dobra. Nim się obejrzę, poznasz wszystkich w miasteczku.

— Na pewno tych, którzy mają mi coś do powiedzenia.

— No tak.

Judith zakręciła resztką herbaty w przezroczystej szklance. Zapadła niezręczna cisza.

— Pójdę już. Jutro czeka mnie intensywny dzień. Dobrej nocy.

— Wzajemnie — odparła pogodnie recepcjonistka i wróciła do zeszytu z tabelkami.

Z pokoju zabrałem ręcznik, szczoteczkę i poszedłem pod prysznic. Na sześć pokoi przypadała jedna łazienka z trzema kabinami. Parująca woda, szum prysznica i prawdopodobnie niskie ciśnienie za oknem, wprawiły mnie w stan lekkiego odrętwienia. Myślałem o wszystkich dzisiejszych spotkaniach i o tym, czego się dowiedziałem. Byłem ciekaw, co w sprawie Atkinson ma do powiedzenia Bob — stary dziwak, który po kilku głębszych zabrał na kuter swoją małoletnią córkę. Ciało rzucane przez ocean na klify było tak zmasakrowane, że identyfikacja topielca możliwa była tylko dzięki ubraniu i odciskowi szczęki. Charles opowiedział mi o tym w kuchni, tak żeby jego żona nie słyszała makabrycznych szczegółów tamtej tragedii. Pięć lat później Bob znalazł na plaży martwą Lucy. A przynajmniej tak twierdził.

Owinąłem się ręcznikiem i wróciłem do pokoju. Z płaszcza wyjąłem paczkę fajek z lokalnego sklepu. Podpaliłem tytoń i zaciągnąłem się głęboko, zatrzymałem dym w płucach. Za szybą, tak jak wczoraj, błysnęło światło. Podszedłem do okna, wiedząc teraz gdzie patrzeć i czego szukać. Latarnia rzucała na ciemne fale blady snop światła. Na przystani nie było żywego ducha, wszystko zamarło. Kilka łodzi zniknęło z cumowiska i tylko hak dźwigu kołysał się smutno przed bosmanatem. Wspomniałem słowa Charlesa. O wietrze znad oceanu. Coś wisiało w powietrzu i nadciągało tu wraz ze sztormem.

 

 

Poniedziałek, 12 października 2015 roku

 

Następnego dnia, po śniadaniu, wsiadłem w samochód i pojechałem na komisariat. Ray czekał już na parkingu.

— Pojedziemy twoim, ok? Mamy tylko dwa radiowozy i jeden się rozkraczył. Pieprzony złom — wyrzucił z siebie policjant, kiedy siedział już w aucie.

— W porządku. Prowadź.

Pojechaliśmy na wschód. W tej części wyspy las wyglądał tak samo jak puszcza, która oddzielała miasteczko od mariny. Równie tajemniczy, gęsto zadrzewiony. Największe wrażenie robiły pojedyncze kolosy — jakby młodsze rodzeństwo baobabów albo czegoś równie wielkiego.

Dzika droga, wyjeżdżona przez samochody, zawijała w prawo. Znak na poboczu wskazywał pole campingowe i dojście do plaży. Z kolei jadąc prosto, można było dotrzeć do latarni morskiej.

— Skręć tutaj. — Ray skinął w kierunku zjazdu.

O tej porze roku na campingu nie było żadnego namiotu, ale właściciele pola wynajmowali jeszcze domki letniskowe. Ośrodek zdawał się być czynny. Na ogrodzonym terenie kręcił się facet w kaloszach i roboczym kombinezonie.

Jakieś pięćdziesiąt metrów od nas tabliczka w kształcie strzałki wskazywała ścieżkę między drzewami.

— Tędy raczej nie przejedziemy. Zaparkuj przy ogrodzeniu.

Szedłem pierwszy, Ray zaraz za mną. Zielony dach z rozłożystych gałęzi przeciekał. Na głowy kapały nam pojedyncze krople deszczu.

— Lubisz tę robotę? — zapytał funkcjonariusz, by przerwać niezręczne milczenie podczas marszu.

— Praca jak praca. Można poznać nowych ludzi. Zobaczyć kilka miejsc.

— I tyle? Nie wiem, od dziecka kochałeś czytać i pisać, twoim idolem był znany pismak? Albo nie miałeś wystarczającej wyobraźni, by pisać książki? Może czułeś potrzebę mówienia o ważnych kwestiach czy coś? Żadnego poczucia dziennikarskiej misji?

— Dziś misja to raczej wypadkowa profilu pisma i jego renomy. Ważne jest to, co się sprzeda. Albo w to wchodzisz, albo wylatujesz. Dlatego odłączyłem swój wagonik i dalej jadę sam. Pracuję, z kim chcę. Piszę, o czym chcę. A chcę mówić o tym, jak jest naprawdę. Ludzie nie zastanawiają się nad obrazem świata, który serwują im media. Wszystkie są upolitycznione albo nastawione na komercyjny sukces. Nie tego szukam. W tej pracy najważniejsza jest dla mnie świadomość tego, ile zła dzieje się wokół nas. Adrenalina daje mi kopa, by mówić o tym co trudne, ale i ważne. Jeśli chcesz dotrzeć do źródła, musisz płynąć pod prąd.

— To o tym źródle… Ładne. Nawet pasuje do sytuacji. Wiesz… wyspa, ocean i te sprawy.

— Ta. Załapałem.

Plaśnięcia naszych kroków na chwilę zastąpiły słowa. Minęliśmy tabliczkę „taras widokowy — pięćset metrów”.

— Nie boisz się takich spraw? Morderstwa, patologie. Nie łatwiej pisać, nie wiem… O więźniach politycznych albo o Greenpeace? To też ważne.

— Zabójstwo to dla mnie największa zbrodnia. Każdy rodzaj fizycznej krzywdy zostawia ślad, również w głowie. Czuję, że mam… obowiązek wobec społeczeństwa. Wobec ofiar. Wobec ich rodzin. Czy się boję? Kiedy czujesz strach, zaczynasz doceniać życie i to co masz. Zaczynasz walczyć. Strach bywa bardzo… pożyteczny.

Czułem, że w głowie Raya kłębią się kolejne pytania, ale po tym, co powiedziałem, nie potrafił ich zwerbalizować. Pociągnął nosem i nie drążył tematu.

Kilka minut później zobaczyliśmy ocean. Bezkresną szarą taflę, po której snuły się spienione grzbiety fal. Podeszliśmy do brzegu zbocza zabezpieczonego barierką. Plaża znajdowała się w dole, dobre dziesięć metrów w linii prostej.

— Tędy — powiedział Ray i ruszył do zejścia po drewnianych schodach.

Kiedy dotarliśmy na dół, wilgotny piasek oblepił nam buty, a chłód szybko wdzierał się pod ubrania. Na domiar złego, deszcz siąpił coraz bardziej.

Ciężko było mi skojarzyć to miejsce z uczuciem innym niż przygnębienie. Samotny brzeg, pustkowie. Jałowa ziemia otoczona kamieniami i wodą. Na pierwszy rzut oka plaża mogła ciągnąć się wzdłuż brzegu przez kilka kilometrów. Po naszej lewej stronie skalisty, wysoki klif wchodził klinem w ocean. Na jego szczycie, otoczona lasem, wznosiła się latarnia morska.

— Czego tu szukamy? — Edwards naciągnął na kark zamszową kurtkę.

— Jeszcze nie wiem — zawołałem.

— To po co tu przyjechaliśmy?

Chciałem udzielić policjantowi jakiejś logicznej odpowiedzi, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Czułem, że muszę zobaczyć to miejsce, stanąć na tym samym brzegu, który przyjął od oceanu martwe ciało Lucy.

— Tam. — Wskazałem w stronę klifu.

Wiatr kuł nas w oczy słoną wodą, ale w oddali, na czymś w rodzaju molo, coś się poruszało. Malutki punkcik.

— To chyba jakaś mewa? — zapytał sceptycznie policjant.

— Taka duża? Ktoś tam jest.

Nie czekając na Raya, ruszyłem w tamtą stronę. Marsz przez piasek okazał się bardziej męczący, niż sądziłem, dlatego ostatnie kilkaset metrów pokonałem idąc przy brzegu. Mokre nogawki, targane zawieruchą, przyklejały się nieprzyjemnie do łydek i piszczeli. Szedłem, osłaniając twarz przedramieniem. Granatowy punkt, do którego zmierzałem, robił się coraz większy, aż w końcu przybrał ludzki kształt. Nieznajomy trzymał w rękach jakiś przedmiot. Wszedłem na pomost. Zbutwiałe deski uginały się niebezpiecznie pod ciężarem kroków. Obok mężczyzny w sztormiaku stało wiadro i składane krzesło. Kłęby sieci zwisały z pomostu. W dłoniach rybak ściskał wędkę.

— Zawsze pan łowi w taką pogodę? — przekrzykiwałem wycie wiatru, gdy mężczyzna schylał się do wiadra z przynętą. — Pan nazywa się Bob Hall?

Mężczyzna wyjrzał spod głębokiego kaptura. Nic nie odpowiedział. Nabił robaka na haczyk i zarzucił wędkę daleko od pomostu.

— Szukam Boba. Chciałem zapytać o Lucy. Lucy Atkinson. Turystka. Podobno znalazł ją na tej plaży — krzyczałem dalej.

— Bob nie żyje.

— Słucham? — Sądziłem, że się przesłyszałem.

— Bob jest martwy. Tak jak ta dziewczyna. Tak jak ten brzeg.

— Pastor mówił…

— Pastor myśli, że widzi, a nic nie widzi.

Zastanawiałem się, czy ta rozmowa ma w ogóle jakiś sens i kiedy miałem już odejść…

— Przyjdź wieczorem do chaty. Teraz jestem zajęty.

— Do jakiej chaty?

Rybak znów nie odpowiedział. Nagle szarpnął wędką. Cofnął się tak gwałtownie, że sam prawie potknąłem się o wystającą z pomostu deskę. Energicznymi ruchami zakręcił kołowrotkiem. Spławik pędził w naszą stronę, tnąc ciemną wodę, jak skalpel. Kiedy był już przy molo, rybak uniósł wędkę. Na końcu naprężonej żyłki szarpała się spora zdobycz. Mężczyzna przeniósł rybę na pomost i sięgnął do płóciennej torby. W dłoni błysnął metal, który chwilę później z trzaskiem spadł na głowę kręgowca. Pozbawione łba zwierzę wylądowało w wiadrze. Wahałem się przez chwilę, zanim znowu zadałem pytanie.

— To co z tą…

— Idź drogą w stronę latarni.

Po tych słowach mężczyzna w granatowym płaszczu zabrał swoje rzeczy i ruszył pomostem na plażę.

Patrzyłem, jak się oddala. Obładowany tobołami, mozolnie brnął przez piasek w stronę klifu. Grafitowe niebo zamknęło wybrzeże w szarym pudełku. Trudno było mi wyobrazić sobie tę plażę jako miejsce tętniące życiem czy turystyczną mekkę dla surferów. Dotarło do mnie, że jestem tu zupełnie sam. Gdzie poszedł Ray? Rozejrzałem się po brzegu. Wszędzie skały, piasek i wiatr kołyszący drzewami na szczycie klifu. Rybak miał rację. Ten brzeg był martwy.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *