O mnie

Kiedy widzę siebie — tego z przeszłości — zastanawiam się, jakim cudem mam cokolwiek wspólnego z pisaniem. Poważnie. Pamiętam czas, gdy proste zdanie z jednym orzeczeniem było dla mnie szczytem literackiej finezji. Nie jestem pewny jak to się
stało, że dotarłem aż tutaj. Być może jest to efekt wyrzeczeń, ciężkiej pracy i świadomości,
że jeszcze więcej pracy jest wciąż przede mną. A może mój przypadek to po prostu ten osławiony uśmiech losu?

Do trzynastego roku życia nienawidziłem pisać. W pracach domowych pomagał  mi tata. Siadał ze mną przy stole w salonie i dyktował treść wypracowania. Najczęściej wytrzymywałem, mniej więcej, do piątego zdania. Potem już tylko spałem. Nie najlepiej szło mi też czytanie. Dukałem zdania jak pierwszorzędny jąkała, ale może dlatego tak polubiłem książki. Gdy mama odczarowywała przede mną kolejne wyrazy, ja dawałem ponieść się obrazom, które opowieść malowała w mojej głowie.

W gimnazjum i liceum zderzyłem się ze ścianą przedmiotów ścisłych. Oprócz bólu głowy towarzyszyły mi koszmary z moją matematyczką w roli głównej. Ponieważ jednak wszystko w przyrodzie dąży do równowagi, nieoczekiwanie polubiłem się z językiem polskim. Nie wiem, czy moją metamorfozę w kierunku humanistycznym wywołał lęk przed królową nauk, czy może był to bardziej racjonalny wybór. Pewny jestem natomiast,  że miałem słabość do muzyki i zamiast liczyć długość fali dźwiękowej, wolałem czytać o burzliwej przeszłość Jima Morrisona czy Axela Rose’a.

Skończyłem dziennikarstwo i komunikację społeczną na Uniwersytecie Warszawskim. Niestety dopiero po fakcie ludzie mądrzejsi ode mnie powiedzieli mi, że dziennikarz powinien być przede wszystkim specjalistą w swojej dziedzinie, a wiele gwiazd prasy, radia i telewizji nigdy nie studiowało dziennikarstwa. Niemniej kierunek, który wybrałem na drodze mojej edukacji, pozwolił mi zdobyć cenne podstawy pisarskiego warsztatu.
Po przygodach w Newsweeku, Polskim Radiu i lokalnym tygodniku społeczno-kulturalnym czułem się zmęczony rolą reportera i recenzenta. Zrozumiałem, że zamiast relacjonować rzeczywistość chcę ją tworzyć. Tak zacząłem marzyć: zapragnąłem napisać książkę.
Od bujania w obłokach przeszedłem do czynu, ale pierwsze niedokończone teksty lądowały w szufladzie. Zacząłem czytać, słuchać i podglądać tych, którzy żyli z pisania. Chciałem się od nich uczyć.

Nad „Definicją strachu” pracowałem od momentu, gdy pokochałem kryminały i thrillery. Pochłaniałem książki i filmy, a w głowie kiełkował pomysł na własną fabułę. Znów zacząłem pisać — o każdej porze, w każdym miejscu, na wszystkim co miałem pod ręką: na świstkach papieru, w notesie, na telefonie. W przerwach między obowiązkami zawodowymi, szukałem inspirujących wydarzeń, imion bohaterów, ciekawych miejsc. Wracałem do domu i przy mocnej kawie pisałem do późnych godzin. Zapragnąłem podzielić się historią, którą stworzyłem, chciałem żeby czytelnicy zobaczyli miejsca z mojej wyobraźni, poczuli emocje, które ja czułem. Udostępniłem fragment książki na blogu. Odzew z jakim spotkał się zalążek powieści, przyniósł mi wiele satysfakcji, ale wciąż chciałem więcej. Zrozumiałem, że twórczy głód zaspokoję tylko w jeden sposób: muszę sprawić, by „Definicja strachu” przestała być plikiem tekstowym i stała się książką, a świat, którym żyję, zaczął być światem kogoś innego. Nic bowiem nie sprawia mi takiej przyjemności jak świadomość, że mogę zabrać czytelnika na skraj rzeczywistości, a stamtąd w podróż, której nie zapomni.

Bądź na bieżąco

Zapisz się na newsletter